Anatomia systemowej znieczulicy. Dlaczego milczymy, gdy publiczne pieniądze płyną nie tam, gdzie trzeba?
„No kurwa mać! Znowu pieniądze nie poszły na onkologię, tylko na wille, jachty i limuzyny!” – te słowa, wypowiedziane przez jednego z polskich profesorów w reakcji na podział środków publicznych, to nie był tylko wulgarny upust bezsilności. To był krzyk rozpaczy człowieka, który na co dzień widzi zderzenie dwóch polskich rzeczywistości: niedofinansowanej, pełzającej na kolanach służby zdrowia oraz bizantyjskiego rozdawnictwa państwowych miliardów.
Ta emocjonalna reakcja dotyka fundamentu problemu, z którym jako społeczeństwo mierzymy się od lat. Kiedy ogromne pieniądze z Krajowego Planu Odbudowy (KPO) – które w założeniu miały zmodernizować Polskę, pchnąć nas w stronę zielonej energii i nowoczesnych technologii – zaczęły w części przeznaczonej na sektor HoReCa (hotelarstwo i gastronomia) trafiać na projekty, które z innowacją nie mają nic wspólnego, w narodzie coś pękło. Albo raczej: powinno pęknąć. Bo w praktyce stało się coś znacznie gorszego. Zaczęliśmy to usprawiedliwiać.
Od KPO po Fundusz Sprawiedliwości: Systemowe odwracanie priorytetów i potęga liczb
Przypadek kontrowersyjnych dotacji z KPO to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Pula programu dla branży HoReCa wyniosła imponujące 1,2 miliarda złotych. Gdy Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej opublikowało mapę dotacji, opinia publiczna zamarła. Okazało się, że z funduszy unijnych sfinansowano m.in. zakup prywatnych jachtów, luksusowych jacuzzi, saun czy solariów. Do tej dyskusji włączył się redaktor Krzysztof Stanowski, który ironizując na jachcie, pokazał jak przedsiębiorcy „legalnie testowali urzędników”, a sprawa wywołała potężną polityczną burzę i kontrole państwowe. W tym samym czasie ten sam publicysta w latach wcześniejszych inkasował potężne kwoty z innych publicznych źródeł – jak chociażby 1,4 miliona złotych z budżetu państwa (za pośrednictwem NASK) na jedną tylko kampanię medialną.
Jednak prawdziwie bezczelny mechanizm drenowania państwowej kasy, pod płaszczykiem prawa, widzieliśmy przy okazji Funduszu Sprawiedliwości. Zgodnie z literą prawa i elementarną przyzwoitością, środki te miały służyć jednemu, świętemu celowi: pomocy ofiarom przestępstw. Ludziom poturbowanym przez los, którzy stracili zdrowie, bliskich lub dorobek życia.
Tymczasem oficjalne dane Ministerstwa Sprawiedliwości odsłoniły przerażającą prawdę. W latach 2015–2023 samo tylko imperium ojca Tadeusza Rydzyka (w tym Fundacja Lux Veritatis oraz toruńska uczelnia) wyciągnęło z Funduszu Sprawiedliwości dokładnie 22 147 933,65 zł. Ponad 22 miliony złotych! Co gorsza, Najwyższa Izba Kontroli (NIK) wykazała w swoich raportach, że aż 56,1% tych środków zostało przeznaczonych na bieżącą działalność fundacji – m.in. na nadawanie programów telewizyjnych. Zamiast realnego wsparcia dla skrzywdzonych, sfinansowano medialne imperia, luksusowe budynki i polityczną propagandę. Zamiast empatii i sprawiedliwości – dostaliśmy pokaz czystej bezkarności i arogancji.
Jak to możliwe, że w kraju, w którym rodzice wciąż zbierają na portalach crowdfundingowych miliony na operacje onkologiczne swoich dzieci, publiczne pieniądze bez żenady transferuje się na prywatne zachcianki wybranych?
Wspólnicy milczenia, czyli syndrom „a Ty byś nie wziął?”
Najbardziej przerażający w tym wszystkim nie jest jednak sam fakt, że politycy czy powiązani z nimi beneficjenci wyciągają ręce po publiczny grosz. Natura władzy i ludzka chciwość od wieków bywają niezmienne. Prawdziwa tragedia rozgrywa się w naszych głowach – w reakcji społeczeństwa.
Zbigniew Herbert napisał niegdyś gorzkie i boleśnie aktualne słowa: nie należy winić złodzieja, tylko tych, którzy go popierają, mówiąc: „a Ty byś nie skorzystał?”.
To zdanie to diagnoza naszej zbiorowej moralności. Kiedy w przestrzeni publicznej wybucha kolejna afera, że znany dziennikarz, duchowny czy biznesmen przytulił dotację, która moralnie należała się szpitalom lub ofiarom przemocy, w komentarzach natychymast pojawia się chór obrońców. „Dają, to bierze”, „Głupi by nie skorzystał”, „Każdy na jego miejscu zrobiłby to samo” – słyszymy zewsząd.
Tym samym, jako społeczeństwo, stajemy się paserami tej niesprawiedliwości. Rozgrzeszając beneficjentów patologicznego systemu, dajemy zielone światło na jego dalsze trwanie. Przesuwamy granicę przyzwoitości tak daleko, że cynizm staje się synonimem zaradności, a uczciwość – frajerstwem.
Czas na powrót do elementarnych kryteriów
Profesor, który zaklął nad podziałem środków z funduszy publicznych, przypomniał nam o czymś, o czym w szumie informacyjnym łatwo zapominamy: o alternatywie kosztowej. Każda złotówka wydana na luksusową saunę z KPO, każda setka tysięcy przeznaczona na limuzyny dla rządowych dygnitarzy czy miliony przelane na konta fundacji o. Rydzyka, to złotówka bezpowrotnie zabrana z oddziału onkologii dziecięcej, z psychiatrii dziecięcej czy z programu wsparcia dla ofiar gwałtów.
Nie możemy dłużej tolerować logiki „zaradności”, która karmi się krzywdą słabszych. Jeśli chcemy żyć w cywilizowanym państwie, musimy przestać mówić: „a Ty byś nie skorzystał?”. Musimy zacząć głośno pytać: „dlaczego na to pozwalamy?”. Bo dopóki milcząco popieramy ten system, jesteśmy za niego współodpowiedzialni.

Komentarze
Prześlij komentarz