Faryzeizm na gołe pięści. Dlaczego Karol Nawrocki nigdy nie będzie Pawłem z Tarsu

 





Faryzeizm na gołe pięści. Dlaczego Karol Nawrocki nigdy nie będzie Pawłem z Tarsu

Kiedy machina propagandowa Prawa i Sprawiedliwości oraz wydawnictwa Biały Kruk rzuciła na rynki księgarskie wywiad-rzekę prof. Andrzeja Nowaka z Karolem Nawrockim pt. „Skąd się wziął Karol Nawrocki”, intencja była jasna. Polacy mieli ujrzeć nowego, spiżowego bohatera prawicy: człowieka z krwi i kości, który przeszedł trudną drogę z gdańskich podwórek na polityczne szczyty, po drodze odnajdując Boga i codzienną mądrość w lekturze Pisma Świętego.

 Zaplecze polityczne obecnego prezydenta, pytane o jego chuligańską przeszłość i udział w brutalnych ustawkach pseudokibiców, natychmiast uruchomiło wygodną kliszę teologiczną – mit nawróconego grzesznika. Opowieść o Szawle, który stał się Pawłem.
Problem w tym, że to porównanie jest nie tylko intelektualnym nadużyciem. Jest potwarzaniem chrześcijańskiej etyki i pokazem bezczelnego, politycznego cynizmu. Między Pawłem z Tarsu a Karolem Nawrockim z Gdańska zionie przepaść, której nie da się zasypać żadnym prawicowym publicystycznym frazesem. Ta przepaść nazywa się: skrucha.
Święty Paweł zyskał miano jednego z największych autorytetów chrześcijaństwa, ponieważ po swoim spektakularnym nawróceniu na drodze do Damaszku potrafił dokonać radykalnego, bolesnego rozliczenia z samym sobą. Szaweł był brutalem, prześladowcą, człowiekiem, który przyklaskiwał kamienowaniu Szczepana. Ale jako Paweł nigdy z tego powodu nie prężył muskułów. Nie opowiadał w wywiadach, że „miał taką pasję” albo że „wtedy hartował się jego męski charakter”. Paweł publicznie wyznał swoje winy, płakał nad nimi, nazywał siebie „poronionym płodem” i do końca swoich dni nosił w sobie głęboki, autentyczny żal za krzywdy wyrządzone bliźnim. Zbudował swoją świętość na całkowitym zerwaniu ze złem i na bezgranicznej pokorze.
A co robi Karol Nawrocki, człowiek, który w blasku fleszy deklaruje wierność Biblii?
Kiedy na jaw wyszły porażające szczegóły krwawej bitwy pseudokibiców pod Kościerzyną z 2009 roku – gdzie gdańska ferajna, ramię w ramię z regularnymi gangsterami, łamała kości i miażdżyła szczęki przeciwnikom – Nawrocki nie padł na kolana. Nie prosił o wybaczenie. Zamiast tego z uśmiechem na ustach ogłosił narodowi, że „on się tego nie wstydzi”, a bicie ludzi po twarzach z powodu innych barw klubowych nazywa „męską przygodą” i „szlachetną rywalizacją”.
Sama treść książki-wywiadu tylko tę sprzeczność pogłębia. Nawrocki, zamiast uderzyć się w piersi, na kartach publikacji uprawia ordynarną mitologizację bandytyzmu. Swoje chuligańskie ekscesy opisuje jako „rzecz naturalną” dla młodego chłopaka z tamtych lat, próbując nadać brutalnym bójkom rys niemalże „honorowych, rycerskich pojedynków”. Przemoc fizyczna zostaje tam zracjonalizowana i podniesiona do rangi cnoty – elementu „twardego, sportowego wychowania”. Szokujący dysonans bije po oczach, gdy w jednym rozdziale prezydent opowiada o tym, jak źródłem jego codziennej siły jest regularna lektura Biblii, a w drugim bez cienia zażenowania relatywizuje łamanie kości na leśnych polanach.
Ta bezczelna próba zrównania chuligana z Apostołem wywołała gwałtowną reakcję opinii publicznej, odsłaniając głębokie pęknięcie w ocenie moralnej prezydenta. Dla oponentów politycznych i niezależnych publicystów postawa Nawrockiego stała się koronnym dowodem na skrajny cynizm i instrumentalizację religii. Głosy oburzenia popłynęły również ze strony części duchowieństwa. Znani z ciętego języka zakonnicy, jak dominikanin o. Paweł Gużyński, wprost piętnowali tę postawę jako jawną kpinę z chrześcijaństwa, wskazując, że Ewangelia nie zna pojęcia „dumy z nienawiści i agresji”. Z drugiej strony, twardy elektorat prawicowy i sprzyjające mu media natychmiast ruszyły z odsieczą, przekonując, że oto mamy lidera „autentycznego”, który nie odcina się od korzeni i nie jest „plastikowym produktem z Warszawy”. Dla nich brutalna przeszłość stała się wręcz atutem – dowodem na to, że prezydent to „swój chłop”, który potrafi walczyć o swoje.
Gwoździem do trumny dla tej rzekomej „duchowej przemiany” staje się jednak ostateczny dowód na to, że w tym człowieku nie zaszła żadna wewnętrzna ewolucja. W świecie chrześcijańskim nawrócenie weryfikuje się stanięciem w prawdzie. W świecie politycznym Karola Nawrockiego prawda jest elastycznym narzędziem marketingu. Zamiast pokory, opinia publiczna obserwuje festiwal konfabulacji – od tragikomicznego pisania biografii gangsterów pod pseudonimem „Tadeusz Batyr” i chwalenia samego siebie w telewizyjnym kamuflażu TVN24, aż po absurdalne, dwulicowe gry narracyjne. Kiedy publicyści ironizują, że za te bezczelne popisy mitomanii i konfabulacji prezydentowi należałoby wręczyć specjalny order, dotykają sedna problemu. Pałacowa rzeczywistość, zamiast być miejscem chrześcijańskiej powagi, staje się sceną dla człowieka, który dawne chuligańskie nawyki manipulacji po prostu przeniósł na poziom państwowy. Zamiast skruchy Szawła, mamy ordynarne nagradzanie własnego zakłamania. To jasny sygnał dla Polaków: ten człowiek się nie zmienił. Zmieniły się tylko dekoracje – z leśnej polanki na prezydenckie salony.
W tym momencie chrześcijański fundament pęka jednak z hukiem. Nie ma bowiem większego zaprzeczenia Ewangelii niż duma z zadawania fizycznego cierpienia. Chrystus uczył o nadstawianiu drugiego policzka i miłowaniu nieprzyjaciół. Nawrocki woli ewangeliczną miłość zastąpić plemiennym, kibolskim kodeksem, w którym bliźniego można bezkarnie skopać, o ile tylko „dobrowolnie” wyszedł na udeptaną ziemię. To nie jest chrześcijaństwo. To jest pogański kult siły przykryty katolickim płaszczykiem.
Nawrocki nie przeszedł drogi do Damaszku. On swoją drogę z Kościerzyny po prostu zracjonalizował, a brutalność z młodości przekuł w polityczny marketing. Doskonale skalkulował, że jego wyborcy nie chcą widzieć lidera, który bije się w piersi i przeprasza. Chcą widzieć „prawdziwego faceta”, który potrafi przypierdolić – dosłownie i wingenialnie zmanipulować wizerunkowo. Dlatego zamiast nowotestamentowego wybaczenia, Nawrocki w wieczór wyborczy wolał cytować starotestamentowe wersety o karaniu i ukarzaniu przeciwników.
To faryzeizm w najczystszej, najbardziej drapieżnej postaci. Wybieranie z Biblii tych fragmentów, które pasują do wizerunku twardziela, przy jednoczesnym ignorowaniu sedna nauki Chrystusa, to instrumentalizacja wiary na potrzeby władzy. Święty Paweł porzucił miecz i nienawiść, by głosić miłość, za co ostatecznie oddał życie. Karol Nawrocki schował kastet do kieszeni, ale zamiast skruchy przyniósł ze sobą na salony dumę z rozbitych głów. I dopóki obecny prezydent nie zrozumie różnicy między „męskim charakterem” a pospolitym grzechem przemocy oraz kłamstwa, stawianie go w jednym rzędzie z Apostołem Narodów będzie ponurym żartem z religii.


Komentarze