Dawno nie widzieliśmy tak jaskrawego pokazu hipokryzji i nihilizmu politycznego, jaki zafundowały nam wczorajsze występy samozwańczych obrońców demokracji spod znaku klubów Gazety Polskiej i Telewizji Republika. Widowisko, które rozegrało się na oczach całego kraju, nie miało nic wspólnego z cywilizowaną debatą publiczną ani z poszanowaniem instytucji państwa. Był to czysty, destrukcyjny pokaz warcholstwa, który brutalnie cofa nas do najgorszych tradycji politycznej awantury.
Przez lata słyszeliśmy tyrady o potrzebie obrony porządku prawnego i stabilności państwa. Dzisiaj te same środowiska, gdy tylko tracą wpływ na rzeczywistość, bez mrugnięcia okiem sięgają po metody, które sami kiedyś piętnowali. Hasło ulica i zagranica, którym tak chętnie szermowano wobec politycznych oponentów, stało się nagle domyślną strategią tych, którzy nie potrafią pogodzić się z regułami gry demokratycznej. Zamiast argumentów w ławach poselskich – agresja, krzyki i fizyczna konfrontacja na zewnątrz.
Konsekwencje tego politycznego teatru nienawiści są jednak o wiele groźniejsze, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. To fatalna, głęboko demoralizująca lekcja dla młodego pokolenia. Jaki sygnał płynie do młodzieży z wczorajszych zadym? Przekaz jest prosty i przerażający: nie musisz mieć racji, nie musisz przestrzegać procedur ani szukać kompromisu. Jeśli czegoś bardzo chcesz, po prostu wyjdź na ulicę, zrób awanturę i wymuś to siłą. Młodzi ludzie, obserwując dorosłych polityków i dziennikarzy legitymizujących uliczne rozróby, dowiadują się, że przemoc i chaos są skutecznym narzędziem osiągania celów.
To nie jest lekcja parlamentaryzmu. To jest jego ordynarny sabotaż.
Wczorajsze wydarzenia pokazały, że dla organizatorów tych protestów nadrzędną zasadą stała się ponura parafraza kultowego cytatu: Sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie. Prawo ma znaczenie tylko wtedy, gdy służy naszym interesom. Gdy wyroki, ustawy czy decyzje większości parlamentarnej są nie po myśli partii lub powiązanych z nią mediów, natychmiast ogłasza się je bezprawnymi. To prosta droga do anarchii i rozbicia resztek zaufania obywateli do własnego państwa.
Jeśli chcemy żyć w cywilizowanym kraju, musimy głośno i jednoznacznie sprzeciwić się dyktatowi ulicznego warcholstwa. Demokracja opiera się na procedurach, a nie na tym, kto głośniej krzyczy i kto potrafi zmobilizować bardziej agresywny tłum. Czas skończyć z tą destrukcyjną lekcją bezprawia, zanim jej skutki staną się nieodwracalne

Komentarze
Prześlij komentarz