Cisza jako narzędzie władzy. O „zakazie dyskusji” i myleniu Polski z „naszym środowiskiem”
W polityce są dwa rodzaje milczenia. Jedno jest dojrzałe: gdy człowiek waży słowa, bo szanuje prawdę i wspólnotę. Drugie jest wygodne: gdy ktoś ucisza rozmowę, bo boi się konsekwencji, rywalizacji idei albo utraty kontroli nad przekazem. I dokładnie w tym drugim rejestrze brzmi najnowszy sygnał z PiS: publiczna debata wewnątrz partii ma zostać wyciszona.
Rzecznik PiS Rafał Bochenek poinformował, że Jarosław Kaczyński skierował do partyjnej komisji etyki sprawy posłów Mateusza Morawieckiego, Ireneusza Zyski i Mirosławy Stachowiak-Różeckiej za naruszenie zakazu „wszczynania w mediach społecznościowych dyskusji” uznanych za „szkodliwe dla Polski i całego środowiska”. Dodał też, że wypowiedzi innych polityków – w tym Patryka Jakiego – są nadal analizowane „ze względu na złożony kontekst”.
1) Najbardziej zdradliwe zdanie brzmi niewinnie: „Polska i nasze środowisko”
W jednym zdaniu zlepiono dwie logiki, które często są sprzeczne:
dobro Polski – czyli prawda, odpowiedzialność, instytucje, jawność sporu, prymat racji publicznej nad partyjną;
dobro środowiska – czyli spójny przekaz, dyscyplina, kontrola narracji, minimalizacja strat wizerunkowych.
Polityka zaczyna się psuć wtedy, gdy „środowisko” zostaje ogłoszone synonimem „Polski”. To jest moment przejścia od służby do własności: od państwa jako dobra wspólnego do partii jako właściciela prawdy o państwie.
2) „Zakaz dyskusji” to nie moralność. To technologia zarządzania lojalnością
Jarosław Kaczyński wcześniej wprost groził zawieszeniem „każdemu, kto zabierze głos” w takiej „szkodliwej dyskusji”, niezależnie od zasług czy pozycji.
To nie jest język dialogu, tylko język organizacyjnej dyscypliny. A dyscyplina bywa potrzebna – ale w wojsku, w sztabie kryzysowym, w firmie. W państwie demokratycznym dyscyplina nie może zastąpić prawdy.
Gdy partia przenosi logikę „jednolitego przekazu” na sferę publiczną, powstaje paradoks: im bardziej ktoś mówi o patriotyzmie, tym częściej traktuje obywateli jak widownię, której nie trzeba przekonywać argumentem – tylko uspokoić komunikatem.
3) Polska już wie, ile kosztuje „władza z tylnego siedzenia”
Twoja intuicja dotyka sedna: Polacy boleśnie odczuwają, gdy realne decyzje zapadają nie w świetle odpowiedzialności, ale w cieniu zależności personalnych. „Rządzenie z tylnego siedzenia” działa jak ukryty podatek: płacimy chaosem, konfliktem frakcji, upartyjnieniem instytucji i ciągłym napięciem.
Dzisiejsza sytuacja ma wyraźny kontekst frakcyjny i personalny – media opisują to jako element wewnętrznej wojny w PiS i gry o przyszłe przywództwo.
I znów: obywatel ma być statystą, a nie podmiotem.
4) Scena z busa (2022): prawdziwy patriotyzm jest cichy i uparty
Opowiadasz o powrocie z pracy przy opiece nad seniorami: pada pytanie o Niemcy i okazuje się, że nikt nie chce wyjechać. To jest najbardziej niedoceniana definicja patriotyzmu: nie deklamacja, nie symbol, nie rytuał – tylko pragnienie, by tu dało się żyć godnie.
Tacy ludzie nie potrzebują „zakazu dyskusji”. Oni potrzebują:
państwa, które nie obraża ich inteligencji propagandą,
polityki, która umie przyznać się do błędu,
liderów, którzy nie mylą autorytetu z kontrolą.
I w tym sensie: milczenie narzucone przez partię zawsze jest anty-patriotyczne, bo odbiera obywatelom dostęp do prawdy o realnych sporach i realnych interesach.
5) Wersja „inteligencka”, ale sexy: prawda jest atrakcyjniejsza niż lojalność
Najbardziej pociągająca w polityce nie jest twarda mina ani „żelazna dyscyplina”. Najbardziej pociągająca jest sprawczość bez cynizmu: umiejętność działania bez kneblowania rozmowy.
Jeśli dziś komisja etyki ma być narzędziem porządkowania przekazu, to jutro porządkowany będzie już nie przekaz, tylko myślenie. A to jest droga od demokracji do teatru.
Polska nie potrzebuje kolejnej epoki „ciszy kontrolowanej”. Potrzebuje dojrzałych elit, które rozumieją, że wspólnota nie rośnie od zakazów, tylko od odpowiedzialności – także tej publicznie wypowiedzianej.
Na koniec jedna elegancka puenta (bez poniżania kogokolwiek): polityczna emerytura liderów przychodzi naturalnie wtedy, gdy przestają prowadzić wspólnotę ku przyszłości, a zaczynają ją trzymać w miejscu. I to jest decyzja, którą w demokracji podejmują obywatele – nie „środowiska”.

Komentarze
Prześlij komentarz