Webinary karmią Twoją uwagę. Książki karmią Twoją sprzedaż.

 

Webinary karmią Twoją uwagę. Książki karmią Twoją sprzedaż.


Wchodzisz na webinar i już na wejściu słyszysz to zdanie-klucz:

„Jeśli będziesz ze mną do końca, wyślę Ci wartościowe materiały.”

Zatrzymaj się na sekundę.
To nie jest niewinny bonus. To jest przynęta.

Bo gdyby to, co dzieje się przez 60–90 minut było naprawdę wartościowe, nikt nie musiałby Cię przekupywać „materiałami na koniec”. Wartość nie potrzebuje szantażu emocjonalnego ani marchewki w postaci PDF-a.

To jest dokładnie ta różnica, która oddziela marketing rozrywkowy od marketingu, który sprzedaje.


Dlaczego ludzie wchodzą na webinary?

Bo są zmęczeni, zagubieni, chcą prostego przepisu.
Bo liczą, że ktoś „ogarnie za nich” sprzedaż.
Bo fajnie się patrzy na kogoś, kto mówi głośno, pewnie, z błyskiem w oku — nawet jeśli treść jest rozwodniona jak herbata po trzecim dolaniu.

Webinary są często jak serial:
masz oglądalność, emocje, małe zwroty akcji i cliffhanger na końcu — a rozwiązanie dostaniesz dopiero po płatności.

I nie, nie mam nic przeciwko zarabianiu. Problem jest gdzie indziej:
w tym, że ogromna część webinarów nie sprzedaje wiedzy — sprzedaje wrażenie wiedzy.

Obietnica „wartościowych materiałów” to nie bonus. To przyznanie się.

Jeśli prowadząca (albo prowadzący) mówi:
„Zostań do końca, to dam Ci coś wartościowego”,
to między wierszami słyszysz:

„To, co dostajesz teraz, ma Cię utrzymać przed ekranem, a nie realnie nauczyć.”

Nie zawsze świadomie, ale mechanizm jest jasny:
najpierw show, potem haczyk, potem upsell.

Z mojego doświadczenia: na 100 webinarów — dwa mają sens

I nawet te dwa zazwyczaj nie dają pełnej wiedzy. Dają „kierunek”, „ramę”, „mindset”, „story”, „motywację”. Super. Tylko że firma nie żyje z motywacji. Firma żyje z:

  • procesu,

  • powtarzalnych działań,

  • jasnych komunikatów,

  • dobrze poprowadzonej oferty,

  • konsekwencji.

Motywacja jest dodatkiem. Nie produktem.




I wtedy wchodzi książka — cała na biało

Od jakiegoś czasu czytam i analizuję podejście, które pokazuje sprzedaż od początku do końca procesu, a nie jako „manifestację obfitości i energię klienta”.

Książka Ady Gawłowskiej (tak, ta) w praktyce robi jedną ważną rzecz:
odczarowuje sprzedaż i pokazuje ją jako rzemiosło.

I to jest problem dla „webinarek” (i całej tej branży opartej o performance), bo kiedy ludzie zobaczą proces, to przestają klaskać show.

A teraz prawdziwe życie, nie Instagram.

Piszę posty dla kwiaciarni, pubów, firm od dekoracji wnętrz.
Jedna z moich klientek ma 60 lat. Powiedziała mi coś, co powinno wybrzmieć głośniej niż wszystkie „masterclassy” świata:

„Nigdy nie myślałam, że w tym wieku będę prowadziła Instagrama i swój mały biznes.”

I wiesz co?
Ona nie potrzebuje celebryckich wygłupów.
Ona potrzebuje:

  • co publikować,

  • jak pisać, żeby ludzie kupowali,

  • jak pokazać ofertę bez wstydu,

  • jak budować relację z klientem,

  • jak przestać tracić czas.

Dla takich osób książka i porządna wiedza to pomoc.
Dla branży webinarowej — zagrożenie.




Era „zostań do końca” się kończy

Bo rośnie grupa ludzi, którzy mówią:

  • „Nie chcę show. Chcę instrukcji.”

  • „Nie chcę energii. Chcę wyniku.”

  • „Nie chcę być widownią. Chcę być przedsiębiorcą.”

I to jest piękne.

Jeśli twój biznes opiera się na tym, że ludzie cię oglądają, bo „fajnie się ciebie słucha”, a nie dlatego, że po tobie potrafią coś zrobić — to nie jest biznes edukacyjny. To jest biznes rozrywkowy.

A rozrywka jest okej. Tylko nie nazywaj jej „wartością”, jeśli wartość ma przyjść dopiero w PDF-ie po 90 minutach.

Na koniec: proste pytanie kontrolne

Zanim wejdziesz na kolejny webinar, zapytaj siebie:

Czy ja chcę się czegoś nauczyć, czy chcę się poczuć lepiej przez godzinę?

Bo jedno i drugie jest ludzkie.
Tylko nie myl terapii z edukacją, a show z procesem sprzedaży.

Jeśli tworzysz treści dla firm (albo dla siebie)

To pamiętaj: prawdziwa wartość to nie „sekretna checklista na końcu”.
Prawdziwa wartość to tekst, po którym ktoś:

  • rozumie, co robić,

  • umie to wdrożyć,

  • i ma efekt.

Reszta to dekoracja.

Komentarze