Fundacja Pierwszej Damy czy projekt budowy drugiego ośrodka wpływu?

Fundacja Pierwszej Damy czy projekt budowy drugiego ośrodka wpływu?

Marta Nawrocka zapowiedziała, że chce być inną pierwszą damą niż Agata Kornhauser-Duda: bardziej obecną, aktywną, bliższą ludziom. W wywiadzie mówiła, że chce być „aktywna, obecna, pomocna” i angażować się w sprawy społeczne, edukacyjne i kulturalne. Równolegle media odnotowały, że od początku kadencji jest bardzo aktywna w sieci.

Problem nie polega jednak na tym, że pierwsza dama chce być widoczna. Problem polega na tym, że im większa widoczność, tym większy obowiązek spójności. A tu zaczynają się poważne zgrzyty.

Fundacja Pierwszej Damy – Blisko Ludzkich Spraw wpisuje sobie w statut piękne cele: wyrównywanie szans, promocję zdrowego stylu życia, wspieranie edukacji, przeciwdziałanie uzależnieniom i patologiom społecznym, działania na rzecz dzieci, rodzin i osób zagrożonych wykluczeniem. Statut nie poprzestaje na ogólnikach: wymienia też środki realizacji tych celów, takie jak kampanie społeczne, programy edukacyjne, konferencje, warsztaty, analizy, działania rzecznicze oraz wsparcie psychologiczne, socjalne, prawne i medyczne.

I właśnie dlatego pytania o wiarygodność są dziś tak zasadne.

Bo jak wiarygodnie opowiadać o wyrównywaniu szans edukacyjnych, jeśli rodzina prezydencka korzysta z edukacji prywatnej, podczas gdy miliony polskich dzieci uczą się w przeciążonych szkołach publicznych, często bez realnego dostępu do korepetycji, terapii, zajęć dodatkowych czy spokojnych warunków do nauki? Nawet jeśli decyzja o szkole prywatnej była motywowana bezpieczeństwem, nie usuwa to problemu politycznego i moralnego: osoba, która chce mówić w imieniu dzieci z gorszym startem, musi pokazać, że rozumie ich codzienność nie z folderu, lecz z realnego programu pomocy. Sam statut tego nie załatwia.



Podobny dysonans dotyczy walki z uzależnieniami. Statut fundacji wprost wymienia przeciwdziałanie uzależnieniom i patologiom społecznym jako jeden z celów. Tymczasem publiczna debata wokół Karola Nawrockiego była już obciążona sprawą woreczków nikotynowych; sam temat wracał potem wielokrotnie w mediach, także po objęciu przez niego urzędu. To nie jest detal wizerunkowy. To jest pytanie o elementarną wiarygodność przekazu: jak poważnie traktować moralizowanie społeczeństwa o zdrowiu i nałogach, jeśli w najbliższym otoczeniu władzy problem jest bagatelizowany lub przedstawiany jako coś błahego?

Tak samo jest z walką z hejtem. Tego nie da się prowadzić wyłącznie poprzez ładne hasła, profil na Instagramie i kampanię wizerunkową. Jeśli fundacja deklaruje przeciwdziałanie przemocy słownej i wykluczeniu, to powinna pokazywać standard: więcej empatii, więcej samokrytycyzmu, mniej politycznej pozy, mniej życia w bańce uprzywilejowania. Inaczej „hejt” staje się wygodnym hasłem do promocji, a nie trudnym zobowiązaniem do zmiany języka życia publicznego. To jest wniosek z zestawienia ambitnych zapisów statutowych z publicznym profilem tej inicjatywy, a nie osobny urzędowy fakt.

Najbardziej niepokojące jest jednak coś jeszcze: skala ambicji instytucjonalnej. Statut fundacji nie mówi tylko o doraźnej działalności charytatywnej. Mówi o „trwałym, instytucjonalnym zakorzenieniu” misji Pierwszej Damy tak, by służyła również kolejnym Pierwszym Damom lub Pierwszym Dżentelmenom, i wskazuje współpracę z podmiotami publicznymi, ze szczególnym uwzględnieniem Kancelarii Prezydenta RP. To już nie brzmi jak zwykła fundacja społeczna. To brzmi jak próba budowy trwałej para-instytucji wokół roli, która w polskim ustroju nie ma samodzielnego, wyraźnie określonego statusu konstytucyjnego ani własnego ustawowego budżetu.

I tu rodzi się pytanie polityczne, którego nie wolno zbywać wzruszeniem ramion: czy naprawdę chodzi tylko o działalność społeczną, czy też o stopniowe budowanie osobnej pozycji publicznej Pierwszej Damy? Nie twierdzę, że istnieje już ukryty plan uczynienia z niej „drugiej osoby w państwie”, bo na to nie ma twardego dowodu. Ale są twarde przesłanki do innego wniosku: fundacja została zaprojektowana tak, by nie być tylko prywatnym dodatkiem do kadencji, lecz czymś trwalszym, bardziej osadzonym instytucjonalnie i bliżej państwowego centrum niż zwykłe NGO.

To właśnie budzi największy sprzeciw. W demokracji nie wolno tworzyć nowego ośrodka symbolicznej i organizacyjnej władzy wyłącznie na podstawie medialnej popularności, małżeńskiego statusu i ładnych deklaracji. Najpierw powinny być jasne zasady, przejrzystość finansowania, granice wpływu i rozliczalność. Dopiero potem opowieści o misji.

Bo Polska nie potrzebuje pierwszej damy z rozbudowanym zapleczem PR, która będzie mówiła narodowi, jak walczyć z hejtem, uzależnieniami i nierównościami, jeśli we własnym otoczeniu te problemy są przemilczane, relatywizowane albo przykrywane wizerunkiem. Polska potrzebuje mniej teatru moralnego, a więcej uczciwości.

Jeżeli ta fundacja ma być czymś więcej niż eleganckim logo i miękką kampanią wpływu, niech pokaże konkrety: stypendia dla dzieci z ubogich rodzin, programy dla dzieci z domów dotkniętych uzależnieniem, realne wsparcie szkół publicznych, przejrzyste sprawozdania, jawne kryteria współpracy z państwem. Bez tego cały projekt będzie wyglądał nie jak „blisko ludzkich spraw”, ale jak blisko państwowych zasobów, symboli i przywilejów.

Komentarze