KRYTYKA TO NIE HEJT. BESTSELLER TO NIE ŚWIĘTOŚĆ
Remigiusz Mróz w wywiadzie dla Polskiego Radia 24 powiedział, że są ludzie, którzy kupują jego książki po to, by potem pisać, że są beznadziejne. To zdanie dobrze pokazuje napięcie, które od dawna istnieje między autorami bestsellerów a częścią czytelników, blogerów, bookstagramerów i grup literackich.
Bo dziś wystarczy napisać, że książka jest płytka, schematyczna, przewidywalna albo pozbawiona głębszej wartości, by natychmiast usłyszeć: „hejter”.
Tylko czy naprawdę każda krytyka jest hejtem?
A może problem polega na tym, że słowo „hejt” stało się wygodną tarczą dla tych, którzy nie chcą odpowiadać na trudniejsze pytania?
Numer jeden w sprzedaży to nie zawsze numer jeden w sercu czytelnika
Można być numerem jeden w Empiku.
Można mieć ogromną sprzedaż.
Można mieć premiery omawiane w dużych mediach, wywiady, promocję, rozpoznawalność i budżet, o którym większość autorów może tylko marzyć.
Ale to nadal nie znaczy, że każda książka staje się automatycznie literaturą ważną.
Bo bestseller to wynik sprzedaży.
Wartość literacka to coś zupełnie innego.
I może właśnie tu leży sedno całej sprawy. Jeśli rynek mówi: „numer jeden”, a część czytelników, blogerów i grup literackich odpowiada: „dla nas to literatura sprawna, ale płytka”, wtedy pojawia się napięcie.
Najłatwiej wtedy powiedzieć: „to hejterzy”.
Łatwiej niż zapytać:
Jakie wartości niesie ta książka?
Co zostaje w czytelniku po ostatniej stronie?
Czy to literatura, która człowieka porusza, zmienia, pogłębia?
Czy po prostu dobrze sprzedany produkt rozrywkowy?
Nie ma nic złego w literaturze popularnej. Nie ma nic złego w sukcesie. Nie ma nic złego w byciu bestsellerem. Problem zaczyna się wtedy, gdy każdą odmowę zachwytu traktuje się jak atak.
Krytyk książki to nie wróg autora
Czytelnik ma prawo zachwycić się książką. Ale ma też prawo być rozczarowany.
Bloger książkowy ma prawo napisać, że powieść go nie poruszyła. Bookstagramer ma prawo powiedzieć, że fabuła jest przewidywalna. Grupa literacka ma prawo dyskutować o tym, czy dany autor tworzy literaturę wartościową, czy jedynie sprawnie produkowaną rozrywkę.
To nie jest hejt.
Hejt to obrażanie człowieka.
Krytyka to ocena tekstu.
Hejt mówi: „jesteś nikim”.
Krytyka mówi: „ta książka mnie nie przekonała”.
Hejt niszczy osobę.
Krytyka analizuje dzieło.
Jeżeli zaczniemy każde zdanie krytyczne nazywać hejtem, zabijemy prawdziwą rozmowę o literaturze. Zostanie tylko marketing, promocja i strach przed powiedzeniem czegokolwiek poza: „genialne”, „wspaniałe”, „musisz przeczytać”.
A przecież recenzent nie jest działem reklamy. Recenzent jest głosem czytelnika.
Empik pokazuje siłę sprzedaży. Czytelnicy pokazują, czy książka zostaje w człowieku
Lista bestsellerów pokazuje jedno: ile osób kupiło książkę, jak silna była promocja, jak rozpoznawalne jest nazwisko, jak działa rynek.
Ale lista sprzedaży nie odpowiada na pytanie, czy książka ma głębię.
Nie odpowiada na pytanie, czy bohaterowie zostają z czytelnikiem na długo.
Nie odpowiada na pytanie, czy język ma siłę.
Nie odpowiada na pytanie, czy opowieść otwiera człowieka na coś więcej niż kolejną zagadkę, kolejny cliffhanger i kolejną premierę.
Można sprzedać bardzo dużo książek i nadal być ostro krytykowanym. Można mieć wielką popularność i jednocześnie budzić pytania o literacką wartość. To nie jest sprzeczność. To normalny element dojrzałej debaty.
Tylko że dojrzała debata wymaga odporności. Zwłaszcza od tych, którzy mają największą przewagę: rozpoznawalność, promocję, media, wywiady, ekspozycję w księgarniach i milionowe zasięgi.
Jeśli ktoś jest wielkim graczem rynku, musi liczyć się z tym, że jego twórczość będzie oceniana ostrzej niż książka nieznanego debiutanta. Im większa skala sukcesu, tym większe prawo opinii publicznej do pytań.
Może wściekłość Mroza spowodowana jest tym że Patty Maj napisała że sukces Mroza jest wprost proporcjonalny do budżetu na kampanie reklamową. Jak pisze Patty niezależna blogerka, księgarnia internetowa a przede wszystkim magazyn BOK lista Good Books Top List , moze zachwiać tym układem. Którego podstawą jest Empik i Lubimy Czytać. Niedawno robili szkolenia dla autorów wydających w trybie selfpublishing, to tak naprawdę autor, wydawca i influencer w jednym. Empik ma świetne pomysły , by kontaktować się z blogerami lub influncerami.
Wiecie ile osób zgłosiło się do mnie bym przejrzał ich książkę , około 1000 osób , wszystkie bez żadnej korekty o redakcji wogóle nie wspominając. Te osoby nie chca wydac ebooku w Empik Selfpublishing, bo w systemie selfpublishing nikt z kulawa noga tam nie zajrzy . Pod tym względem Good Habit to istny raj w kazdej kategorii jest tam około 10 ksiązek, w Magazynie BOK pisano o tym że książki przechodza wstępną weryfikacje , opłate płaci wydawca 100 zł a jesli ksiazka tej weryfikacji nie przejdzie moze żadać weryfikacji u innego recenzenta za 150 zł , lecz nigdy sie jeszcze nie zdarzyło by ponowna weryfikacja zakończyła sie pozytywnie. Owszem zdarza się tak że za pierwszym razem otrzymuje note 3/10 za drugim 5/10 ale weryfikacji pozytywnej 7/10 jej jeszcze daleko.
Byłem kiedyś recenzentem Lubimy Czytać ( obecnie pisze recenzje dla Pineski, na swoim blogu i jesli naczelna Magazynu BOK mnie poprosi w dziale Opinie Blogerów ), wiec dostajesz kolejno książki do recenzji na poczatek masz 10 ksiazek dobrze znanych Dale Carnegie, Duma i uprzedzenie i Victor Frankl np. potem masz około 100 książek o których słyszysz pierwszy raz, czasem nawet znane nazwisko jak Andrzej Polak, ale bez recenzji. Gdyby ten pisarz był mądry , napisał by zarys książki , w przypadku akceptacji wysłał by kompletny zredagowany maszynopis ( w przypadku beletrystyki ) lub obszerny konspekt z podziałem na rozdziały. Tak naprawdę lepiej napisać na Pineskę lub na blog Books when I read lub po prostu email terapia24.net@gmail.com . Pisze nie tylko recenzje jesli mam ich już za dużo, daje innym osobom na Pinesce, ale tez ułatwiam by książka znalazła się na Good Habit , sam dołączam opis był sprzedażowy , żeby nie leżała tylko na półce ale była atrakcyjna dla klientów.
Więc mamy tak powiazanie biznesowe między Empik i Lubimy Czytać, Katalog Splendor który należy do Fundacji Ojca Tadeusza Rydzyka i są tam zupełnie inne książki jak na Empiku, więcej nie spotkasz też tam książek kard. Grzegorza Rysia . Natomiast kupisz je np. na Tania Książka , Matras i Religijna.pl każda z tych ksiegarnii ma swoja listę bestsellerów, więc Mroz zdominował tylko Empik.
Problem nie dotyczy tylko książek
To samo dzieje się w polityce, mediach, kulturze i internecie.
Ktoś skrytykuje decyzję polityka — „hejt”.
Ktoś zada pytanie o odpowiedzialność — „atak”.
Stylistka oceni sukienkę osoby publicznej — „fala hejtu”.
Czytelnik napisze, że bestseller jest przereklamowany — „nagonka”.
Obywatel zapyta o skutki decyzji — „agresja”.
Słowo „hejt” bywa dziś używane jak pałka na krytyków. Zamiast odpowiadać na argumenty, wystarczy powiedzieć: „to hejterzy”. I temat zamknięty.
Ale to jest niebezpieczne.
Bo jeśli wszystko nazwiemy hejtem, to prawdziwy hejt przestanie być widoczny.
A prawdziwy hejt istnieje. Jest realny. Niszczy ludzi. Doprowadza do załamań, depresji, samotności, terapii, czasem do dramatów, o których społeczeństwo mówi dopiero wtedy, gdy jest za późno.
Prawdziwy hejt to nie krytyczna recenzja.
To nie pytanie o jakość książki.
To nie opinia o stylizacji osoby publicznej.
To nie komentarz obywatela do decyzji polityka.
Prawdziwy hejt to nękanie. To odczłowieczanie. To wyśmiewanie wyglądu, choroby, pochodzenia, rodziny, dziecka. To publiczne dobijanie człowieka. To słowa, po których ktoś naprawdę nie może się podnieść bez pomocy.
I właśnie dlatego trzeba bardzo uważać, by nie rozmywać tego pojęcia.
Kiedy krytyka staje się wygodnym wrogiem
Najprościej jest zbudować obraz: „ja — twórca, człowiek sukcesu, osoba publiczna — przeciwko armii hejterów”.
To działa emocjonalnie. Fani natychmiast stają po stronie ulubionego autora, polityka, aktorki czy influencera. Każdy głos krytyczny zostaje wrzucony do jednego worka z nienawiścią.
Ale prawdziwe pytanie brzmi: czy wszyscy krytycy naprawdę są hejterami?
Czy osoba, która mówi: „ta książka jest dla mnie pusta”, naprawdę niszczy autora?
Czy ktoś, kto pyta: „jakie wartości niesie ta twórczość?”, dopuszcza się przemocy?
Czy grupa literacka, która nie zachwyca się bestsellerem, prowadzi nagonkę?
Czy może po prostu korzysta z prawa do oceny?
Nie każdy, kto się nie zachwyca, jest wrogiem.
Nie każdy, kto pyta, atakuje.
Nie każdy, kto krytykuje, nienawidzi.
Prawdziwa walka z hejtem wymaga uczciwości
Jeżeli naprawdę chcemy walczyć z hejtem, musimy najpierw nauczyć się odróżniać go od krytyki.
Dlatego warto przypomnieć 10 prostych zasad:
Nie atakuj dzieci. Nigdy.
Krytykuj decyzje, nie wygląd człowieka.
Oceniaj książkę, nie odbieraj autorowi godności.
Oceniaj polityka za działania, nie za rodzinę.
Nie rób z opinii publicznego polowania.
Nie myl recenzji z przemocą słowną.
Nie używaj słowa „hejt”, żeby uciszyć niewygodne pytania.
Reaguj, gdy ktoś naprawdę niszczy drugiego człowieka.
Nie udawaj ofiary tylko dlatego, że ktoś się z tobą nie zgadza.
Pamiętaj, że za ekranem jest człowiek.
Te zasady powinny obowiązywać wszystkich: pisarzy, polityków, dziennikarzy, aktorów, influencerów, recenzentów i zwykłych komentujących.
Bo kultura debaty nie polega na tym, że nikt nikogo nie krytykuje. Kultura debaty polega na tym, że umiemy krytykować bez pogardy i odpowiadać bez histerii.
Bestseller nie jest świętością
W Polsce wciąż mamy problem z tym, że popularność bywa traktowana jak dowód jakości. Jeśli coś jest na pierwszym miejscu listy sprzedaży, wielu ludzi zakłada, że musi być dobre.
Nie musi.
Może być dobrze wypromowane.
Może być łatwe w odbiorze.
Może trafiać w gusta masowego czytelnika.
Może być częścią skutecznej strategii wydawniczej.
Może działać jak serial: szybko, dynamicznie, przewidywalnie, ale przyjemnie.
I to nadal może być sukces.
Ale sukces komercyjny nie zamyka ust krytykom.
Wręcz przeciwnie — im większy sukces, tym bardziej wolno pytać, na czym on naprawdę polega.
Czy na sile literatury?
Czy na sile nazwiska?
Czy na sile promocji?
Czy na przyzwyczajeniu czytelników?
Czy na tym, że rynek kocha powtarzalność, bo powtarzalność dobrze się sprzedaje?
To są normalne pytania. Nie hejt.
Nie bójmy się rozmawiać o wartości
Najsmutniejsze w dzisiejszej debacie jest to, że coraz rzadziej pytamy o wartość. Pytamy o sprzedaż, zasięgi, miejsce na liście, liczbę egzemplarzy, ekranizacje, wywiady i rozpoznawalność.
Ale literatura powinna bronić się czymś więcej.
Powinna zostawiać ślad.
Powinna poruszać.
Powinna czasem boleć.
Powinna pomagać lepiej zrozumieć człowieka.
Powinna dawać język do opisania świata.
Nie każda książka musi zmieniać życie. Literatura rozrywkowa też ma swoje miejsce. Ale jeśli autor funkcjonuje jako wielka marka literacka, ma prawo być oceniany nie tylko przez pryzmat sprzedaży, lecz także przez pryzmat sensu.
Czy po tej książce jestem mądrzejszy?
Czy lepiej rozumiem innych ludzi?
Czy coś we mnie zostało poruszone?
Czy tylko przeczytałem kolejną sprawnie skonstruowaną historię?
To nie są pytania hejterskie. To są pytania czytelnicze.
Brońmy ludzi przed prawdziwym hejtem, a nie marek przed krytyką
Największy błąd polega dziś na tym, że czasem bardziej bronimy wizerunku znanych osób niż realnych ludzi przed prawdziwą przemocą słowną.
Bronimy marki przed krytyką.
Bronimy sukcesu przed pytaniami.
Bronimy popularności przed analizą.
A powinniśmy bronić człowieka przed nienawiścią.
To ogromna różnica.
Autor ma prawo do szacunku.
Czytelnik ma prawo do opinii.
Polityk ma prawo do godności.
Obywatel ma prawo do pytań.
A dziecko ma absolutne prawo do ochrony przed publicznym atakiem.
Nie można wrzucać tego wszystkiego do jednego worka.
Bo wtedy uczciwa krytyka zostaje zduszona, a prawdziwy hejt rozmyty.
Zakończenie: rozmawiajmy o książkach, nie o etykietkach
Numer jeden w sprzedaży nie oznacza numeru jeden w sercu każdego czytelnika.
Brak zachwytu nie jest hejtem.
Negatywna recenzja nie jest przemocą.
Pytanie o wartości nie jest atakiem.
Krytyka bestselleru nie jest nagonką.
To po prostu wolność czytania.
A jeśli ktoś naprawdę wierzy w wartość swojej książki, decyzji, wypowiedzi czy twórczości, nie powinien bać się pytań. Bo pytania nie niszczą kultury. Niszczy ją dopiero sytuacja, w której każdą krytykę nazywa się hejtem.
Dlatego brońmy ludzi przed prawdziwym hejtem.
Ale nie brońmy bestsellerów, polityków, aktorów, influencerów i marek przed uczciwą krytyką.
Bo bez krytyki nie ma debaty.
Bez debaty nie ma kultury.
A bez kultury zostaje tylko marketing.


Komentarze
Prześlij komentarz