NAWROCKI OTWORZYŁ PUSZKĘ PANDORY. WOŁYŃ NIE MOŻE BYĆ ALIBI DLA NIENAWIŚCI DO DZISIEJSZYCH UKRAIŃCÓW

 NAWROCKI OTWORZYŁ PUSZKĘ PANDORY. WOŁYŃ NIE MOŻE BYĆ ALIBI DLA NIENAWIŚCI DO DZISIEJSZYCH UKRAIŃCÓW

Karol Nawrocki chciał zapewne pokazać twardość. Chciał wejść w historię z hukiem, z gestem, z narodową dumą podniesioną jak sztandar. Odebranie Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego miało być sygnałem: Polska pamięta o Wołyniu. Według doniesień Reutersa decyzja została podjęta po sporze wokół nazwania ukraińskiej jednostki imieniem UPA, a Nawrocki podkreślał, że nie jest ona wymierzona w naród ukraiński. (reuters.com)

Tylko że polityka nie kończy się na komunikacie prasowym.

Polityka kończy się tam, gdzie jej skutki zaczynają żyć własnym życiem. A dziś widać coraz wyraźniej, że Nawrocki otworzył w Polsce puszkę Pandory. Na Facebooku i w komentarzach rośnie fala emocji, w której pamięć o Wołyniu przestaje być pamięcią o ofiarach, a zaczyna być wygodnym pretekstem do poniżania dzisiejszych Ukraińców.

I to jest granica, której nie wolno przekroczyć.

Bo czym innym jest powiedzieć: UPA ma na sumieniu zbrodnie na Polakach.

A czym innym jest pluć dziś na młodych Ukraińców, którzy urodzili się kilkadziesiąt lat po wojnie, często sami mówią, że UPA nie była święta, że byli tam zbrodniarze, że historia Ukrainy nie jest czarno-biała.

Wołyń to pamięć, nie pałka

Polacy mają prawo pamiętać o Wołyniu. Mają prawo domagać się prawdy, ekshumacji, godnego pochówku ofiar i uczciwego nazwania zbrodni. Nikt rozsądny nie powinien tego kwestionować.

Ale pamięć o Wołyniu nie daje nikomu prawa do nienawiści wobec dzisiejszych Ukraińców.

Nie daje prawa do wyzwisk.

Nie daje prawa do zbiorowej odpowiedzialności.

Nie daje prawa do traktowania młodego człowieka z Ukrainy jak spadkobiercy win ludzi, których nigdy nie znał.

Jeśli ktoś naprawdę szanuje ofiary Wołynia, nie powinien używać ich cierpienia jako paliwa do internetowej agresji. Bo wtedy nie broni pamięci. Wtedy ją brudzi.




PiS najpierw otworzył drzwi, teraz robi z ludzi wrogów

Jest w tym wszystkim potężna polityczna hipokryzja.

Najpierw prawica zgodziła się na przyjęcie milionów Ukraińców, bo wymagała tego sytuacja wojny, geopolityka i elementarna ludzka solidarność. Polska pomagała, Polacy przyjmowali ludzi pod dach, szkoły przyjmowały dzieci, lekarze leczyli, samorządy organizowały pomoc.

A teraz część tego samego środowiska politycznego odkrywa, że Ukraińcy mogą być użytecznym wrogiem.

Bo kiedy trzeba było pokazać Polskę jako wielkie serce Europy, Ukraińcy byli „naszymi braćmi”. Kiedy trzeba rozpalić emocje, stają się „problemem”. Kiedy trzeba zdobyć lajki u radykalnej części internetu, nagle historia Wołynia zostaje wyciągnięta nie po to, by modlić się za ofiary, ale po to, by napędzić gniew.

To nie jest polityka historyczna. To jest cyniczne zarządzanie emocjami.

Nie każdy Ukrainiec jest UPA. Tak jak nie każdy Polak jest Akcją „Wisła”

W dyskusjach coraz częściej pada pytanie: dlaczego Ukraińcy nie chcą mówić o Wołyniu?

To pytanie ma sens. Ale obok niego powinno paść drugie: dlaczego my tak często nie chcemy mówić uczciwie o Akcji „Wisła”?

Nie po to, żeby zrównywać wszystko ze wszystkim. Nie po to, żeby rozmywać odpowiedzialność UPA za mordy na Polakach. Nie po to, żeby udawać, że każda krzywda miała taki sam charakter i taką samą skalę.

Ale po to, żeby zrozumieć prostą rzecz: każdy naród ma w historii miejsca, o których woli mówić ciszej.

Ukraińcy mają problem z UPA.

Polacy mają problem z własnymi decyzjami wobec mniejszości, z przymusowymi przesiedleniami, z krzywdą ludzi wrzuconych zbiorowo do jednego worka.

I właśnie dlatego potrzebujemy dojrzałości, a nie polityków z zapałkami.

Nawrocki pomylił historię z rzeczywistością

Największy problem z gestem Nawrockiego polega na tym, że on wygląda jak decyzja człowieka, który nie odróżnia pamięci historycznej od współczesnej odpowiedzialności politycznej.

Historia wymaga prawdy.

Rzeczywistość wymaga roztropności.

Można domagać się prawdy o Wołyniu i jednocześnie nie podpalać relacji z narodem, który dziś walczy z Rosją.

Można mówić ostro o UPA i jednocześnie nie upokarzać zwykłych Ukraińców w Polsce.

Można bronić polskiej pamięci i jednocześnie nie produkować w internecie atmosfery polowania.

Reuters pisał, że ukraiński szef dyplomacji ocenił decyzję jako strategiczny błąd, a Donald Tusk apelował o deeskalację. (reuters.com) I trudno się dziwić. Bo w regionie, w którym Rosja tylko czeka na polsko-ukraińską wojnę emocji, każdy nieodpowiedzialny gest jest prezentem dla Kremla.

Pamięć tak. Nienawiść nie.

Nie wolno nam pozwolić, by Wołyń został przejęty przez ludzi, którzy nie chcą pamięci, tylko zemsty na współczesnych.

Nie wolno nam pozwolić, by dzieci z Ukrainy w polskich szkołach odpowiadały za decyzje i zbrodnie formacji sprzed osiemdziesięciu lat.

Nie wolno nam pozwolić, by młody Ukrainiec, który sam krytycznie patrzy na UPA, był wyzywany tylko dlatego, że ma ukraiński paszport, akcent albo nazwisko.

Bo jeśli zaczniemy dziedziczyć winę po narodowości, to cofniemy się do najciemniejszych mechanizmów XX wieku.

Prawdziwy patriotyzm nie polega na tym, że krzyczy się na Facebooku.

Prawdziwy patriotyzm polega na tym, że umie się jednocześnie pamiętać o swoich ofiarach i nie krzywdzić niewinnych ludzi.

Nawrocki otworzył puszkę Pandory. Teraz pytanie brzmi, czy polskie społeczeństwo będzie miało więcej rozumu niż politycy, którzy mylą historię z pałką wyborczą.

Bo Wołyń zasługuje na prawdę.

Ukraina zasługuje na rozmowę.

A dzisiejsi Ukraińcy w Polsce zasługują na to, żeby nie robić z nich wrogów tylko dlatego, że komuś politycznie opłaca się rozpalić stary ból na nowo.

Podsumowanie: pamięć nie może rodzić nowej nienawiści

O Wołyniu nie dowiedziałem się z internetu, z politycznych haseł ani z kampanii wyborczej. Dowiedziałem się od mojej ciotki, której matka została ukryta w piwnicy. Dzięki temu przeżyła. Dla mnie Wołyń nie jest więc abstrakcyjnym hasłem do walki na Facebooku. To rodzinna pamięć o strachu, śmierci i ocaleniu.

Rok temu wydaliśmy wspólnie książkę „Polska dla młodzieży. Fascynująca podróż przez historię”. Pisaliśmy w niej o historii tak, jak powinno się mówić do młodych ludzi: uczciwie, bez wybielania, bez propagandy, bez nienawiści. Gdyby taka książka weszła do szkół jako podręcznik, być może dziś nie trzeba byłoby odbierać orderów i urządzać politycznych demonstracji. Młodzi Ukraińcy znaliby prawdę o Wołyniu, ale poznawaliby ją nie jako oskarżenie wobec siebie, tylko jako trudną lekcję historii.

Najgorsza lekcja z tej sprawy jest jednak inna: prezydent Karol Nawrocki najwyraźniej nie rozumie związku przyczynowo-skutkowego. Polityk rzuca gest w przestrzeń publiczną, a potem udaje, że nie widzi, co ten gest uruchamia. A dziś na Facebooku widzimy falę nienawiści do Ukraińców, która zaczyna przypominać mechanizm pogardy: wróg zbiorowy, odpowiedzialność zbiorowa, wyzwiska, odczłowieczanie.

Czy naprawdę o to chodziło?

Czy pamięć o Wołyniu ma prowadzić do tego, że dzisiejsi młodzi Ukraińcy będą traktowani tak, jak kiedyś nacjonaliści z UPA traktowali Polaków: nie jak ludzi, lecz jak wrogą kategorię?

Jeśli tak wygląda „obrona pamięci”, to ktoś tu bardzo niebezpiecznie pomylił historię z zemstą.

Panie Prezydencie Nawrocki, czy taki był cel? Czy naprawdę chciał pan, żeby z bólu po Wołyniu wyrosła dziś w Polsce nowa nienawiść?

Komentarze