Pseudoeksperci, korekta i wiarygodność. Dlaczego rozdzielam błędy w mojej pierwszej książce od plagi internetowych autorytetów
Pseudoeksperci, korekta i wiarygodność. Dlaczego rozdzielam błędy w mojej pierwszej książce od plagi internetowych autorytetów
W internecie bardzo łatwo pomieszać dwie zupełnie różne sprawy: brak profesjonalnej korekty w książce oraz udzielanie ludziom porad bez kompetencji, źródeł i odpowiedzialności.
Dlatego postanowiłem jasno rozdzielić te tematy.
Tak, moja pierwsza książka miała uwagi dotyczące stylu, korekty i języka. Nie będę udawał, że było inaczej. Kilka osób zarzuciło mi błędy stylistyczne, ortograficzne i brak korekty. I wiecie co? W pewnym sensie miały rację.
Tylko że ta książka nie powstała po to, żeby konkurować językiem z Olgą Tokarczuk. Powstała po to, żeby przekazać myśl. Żeby dać ludziom konkretne cytaty, inspiracje, narzędzia, ostrzeżenia i refleksje. Żeby pokazać, jak nie dać się nabierać, jak myśleć samodzielnie, jak budować empatię i jak nie oddawać własnego życia w ręce przypadkowych „autorytetów”.
Książka była pobierana w internecie 727 razy. Dla mnie to znaczy więcej niż kilka złośliwych komentarzy o przecinkach. Korekta jest ważna. Język ma znaczenie. Ale treść, intencja i przekaz też mają znaczenie.
Pamiętam słowa Emmy Popik: pisarz musi mieć twardy tyłek. Jeżeli ktoś pisze, publikuje, recenzuje, komentuje i zabiera głos publicznie, musi przyjąć, że zostanie oceniony. Ja to przyjmuję.
Ale teraz druga sprawa.
Czym innym jest książka z niedoskonałą korektą, a czym innym są osoby, które budują w internecie wizerunek eksperta, doradcy, opiekuna, przewodnika od zdrowia, dzieci, emocji, macierzyństwa, edukacji albo psychiki — a potem udzielają ludziom porad bez jasnych kompetencji, źródeł i odpowiedzialności.
Tu już nie chodzi o literówki.
Tu chodzi o bezpieczeństwo ludzi.
Empik Selfpublishing, korekta i prawda o samodzielnym wydawaniu książek
Trzeba powiedzieć jasno rzecz, o której wielu czytelników nie wie: książki zgłaszane do Empik Selfpublishing nie przechodzą automatycznie profesjonalnej korekty językowej, redakcji ani oceny merytorycznej.
Wystarczy, że plik spełnia wymagania techniczne: ma dobre wymiary podane przez Empik, odpowiedni format, marginesy, spady, okładkę i poprawny plik do druku.
I to nie jest zarzut wobec Empiku. To jest po prostu natura selfpublishingu.
Selfpublishing daje wolność, ale ta wolność ma cenę. Autor odpowiada za tekst, za korektę, za jakość, za przekaz i za to, czy książka rzeczywiście wnosi coś wartościowego. Platforma techniczna nie jest redaktorem. Nie jest recenzentem. Nie jest gwarantem jakości literackiej.
Dlatego założyłem Good Habits Bookshelf.
Nie jako kolejną półkę, na którą można wrzucić wszystko, co ma ładną okładkę i plik PDF. Nie jako maszynkę do udawania bestsellerów. Nie jako miejsce, gdzie książka ma tylko wyglądać profesjonalnie.
Good Habits Bookshelf powstało dla autorów, którzy chcą poddać swoją książkę opinii recenzentów, ocenie, korekcie i uczciwemu spojrzeniu z zewnątrz.
W tej chwili platforma liczy 30 niezależnych twórców, którzy przystali na te warunki.
To ważne, bo nie każdy autor chce być oceniany. Nie każdy chce słyszeć, że coś trzeba poprawić. Nie każdy chce przyjąć krytykę. Ale jeśli książka ma być polecana czytelnikom, jeśli ma trafić do ludzi jako wartościowy tytuł, musi przejść przynajmniej minimalny próg odpowiedzialności.
W Good Habits Bookshelf obowiązuje prosta zasada: książka musi mieć ocenę co najmniej 7/10.
Nie każda książka musi być arcydziełem. Nie każda musi być bestsellerem. Nie każda musi być modna. Ale jeśli mamy ją promować jako wartościową, musi coś sobą reprezentować.
Korekta tak, niszczenie głosu autora — nie
Jest jednak jeszcze jedna bardzo ważna granica.
Good Habits Bookshelf nie powstało po to, żeby książkę autora naciągać do trendu. Nie chodzi o to, żeby tekst przerobić na modny produkt pod aktualny algorytm. Nie chodzi o to, żeby osobistą wypowiedź zamienić w wygładzony, marketingowy wyrób zespołu redakcyjnego.
O tym problemie pisała Patty Maj w „Kurtynie Rynku Książki”: rynek potrafi tak mocno ingerować w książkę, że autor po wszystkim nie poznaje własnego tekstu. Treść zostaje przesunięta pod oczekiwania trendu, sprzedaży, mody, wydawcy albo grupy docelowej.
Ja tego nie chcę.
Wolę mieć książkę swoją — nawet jeśli nie będzie „hiciorem sezonu” — niż książkę, która formalnie nosi moje nazwisko, ale w rzeczywistości jest produktem redakcyjnego kompromisu, marketingowej kalkulacji i wygładzania pod rynek.
Chcę swojej książki, a nie książki zespołu redakcyjnego.
Autor ma prawo do własnego głosu. Ma prawo do własnej myśli. Ma prawo do stylu, który nie każdemu się spodoba. Ma prawo do niedoskonałości, o ile nie oszukuje czytelnika i nie udaje kogoś, kim nie jest.
Korekta jest potrzebna. Redakcja jest potrzebna. Recenzja jest potrzebna. Ale nie po to, żeby zabić autora w autorze. Tylko po to, żeby pomóc mu powiedzieć to, co naprawdę chce powiedzieć — czyściej, mocniej i uczciwiej.
Good Habits Bookshelf ma iść trzecią drogą: szacunek dla autora, uczciwa ocena, korekta, recenzja i minimum jakości.
Nie chcę rynku, w którym liczy się tylko algorytm.
Nie chcę rynku, w którym wygrywa tylko ten, kto ma większy budżet reklamowy.
Nie chcę rynku, w którym autor musi udawać kogoś innego, żeby sprzedać książkę.
Chcę rynku, w którym autor może być sobą, ale jednocześnie ma odwagę poddać swój tekst ocenie.
Bo wolność twórcza nie oznacza braku odpowiedzialności. A odpowiedzialność nie oznacza oddania książki w ręce ludzi, którzy zrobią z niej coś, czym nigdy nie miała być.
Internet stworzył wygodny model pseudoautorytetu
Współczesny internet stworzył bardzo wygodny schemat.
Najpierw ktoś buduje społeczność wokół pięknych wartości: dzieci, rodziny, zdrowia, książek, edukacji, macierzyństwa, duchowości, empatii, dobrego życia.
Potem ta społeczność staje się kapitałem.
Potem kapitał pokazuje się markom: „mam zasięgi”, „mam zaangażowaną grupę”, „mam wpływ”.
A potem zaczyna się monetyzacja uwagi.
Samo zarabianie w internecie nie jest problemem. Problem zaczyna się wtedy, gdy ta uwaga została zbudowana na zaufaniu ludzi, którzy myśleli, że mają do czynienia z kimś kompetentnym, uczciwym i przejrzystym.
Jeszcze większy problem pojawia się wtedy, gdy w centrum tego wszystkiego są dzieci.
Bo dziecko nie może być traktowane jak rekwizyt.
Nie może być tłem do biznesu.
Nie może być narzędziem do budowania zasięgu.
Nie może być emocjonalnym haczykiem, dzięki któremu dorosłym łatwiej sprzedać produkt, książkę, kurs, dietę, poradę albo ideologię.
Jeśli ktoś mówi o książkach dla dzieci, wychowaniu, emocjach, psychice, zdrowiu, diecie albo rozwoju — wchodzi na teren szczególnej odpowiedzialności.
Tu nie chodzi tylko o ładną okładkę, pastelową grafikę i ciepły uśmiech do kamery.
Tu chodzi o język, emocje, wartości, bezpieczeństwo psychiczne, obraz świata i zaufanie rodziców.
Dlatego recenzent dziecięcy, edukator, dietetyczny doradca czy internetowy „przewodnik po dobrym życiu” powinien być bardziej przejrzysty, a nie mniej.
Powinien jasno mówić, czy ma kompetencje, na jakich źródłach się opiera, czy promuje coś za pieniądze, czy ma konflikt interesów, czy jego porady są opinią, czy wiedzą.
Bo jeśli ktoś mówi ludziom, jak mają żyć, co mają czytać, jak mają wychowywać dzieci, jak mają się odżywiać albo jak mają rozumieć zdrowie — to nie jest już niewinna zabawa w content.
To jest wpływ.
A wpływ bez odpowiedzialności jest niebezpieczny.
Pseudoekspert nie musi mieć złych intencji. Wystarczy, że nie zna granic
Nie twierdzę, że każda osoba działająca w sieci ma złe intencje. Problem często jest inny: ludzie zaczynają wierzyć we własny wizerunek.
Ktoś ma ładny profil, dużo postów, grzeczny ton, miłe zdjęcia, psa w tle, dzieci w opowieściach, pastelowe grafiki i ciepłe zdania o życiu. I nagle zaczyna zachowywać się tak, jakby popularność była dowodem kompetencji.
A nie jest.
Liczba obserwujących nie jest dyplomem.
Liczba postów nie jest źródłem naukowym.
Ładna grafika nie jest dowodem prawdy.
Ciepły ton nie zastępuje odpowiedzialności.
Uśmiech nie jest certyfikatem wiarygodności.
Można doradzać „po ludzku”, ale nawet wtedy trzeba znać granice. Szczególnie wtedy, gdy temat dotyczy zdrowia, seniorów, dzieci, psychiki albo rodzinnych decyzji.
Bo człowiek to nie lalka do testowania porad.
Senior to nie grupa docelowa do budowania eksperckiego wizerunku.
Dziecko to nie element strategii sprzedażowej.
Rodzic to nie klient, którego można złapać na emocjonalne hasło.
Dlaczego moja książka nie jest tarczą dla pseudoekspertów
I tutaj wracam do zarzutu wobec mnie.
Tak, moja książka miała słabszą korektę. Tak, była pierwszym opracowaniem. Tak, dziś zrobiłbym ją lepiej technicznie. Ale nie udawałem lekarza. Nie udawałem psychologa klinicznego. Nie udawałem dietetyka. Nie mówiłem ludziom: „zróbcie tak, bo ja wiem najlepiej”.
Moja książka opierała się na myślach, cytatach i inspiracjach takich autorów jak Adler, Wojtyła, Pawlukiewicz, Tony Robbins, Prymas Wyszyński, Brian Tracy czy Les Brown. Jej wartością był przekaz: jak myśleć, jak nie dać się manipulować, jak budować siłę psychiczną, jak być osobą bardziej świadomą i empatyczną.
Kto chce pięknego literackiego języka — niech sięgnie po Tokarczuk.
Kto chce idealnej redakcji — niech kupi książkę po profesjonalnym składzie, korekcie i wieloetapowej redakcji wydawniczej.
Ale kto chce zrozumieć, dlaczego ludzie dają się nabierać na wizerunek, autorytet i manipulację — ten powinien patrzeć nie tylko na przecinki, ale przede wszystkim na mechanizmy wpływu.
I właśnie o tym będę pisał szerzej na Books When I Read: o moich recenzjach, o mojej pierwszej książce, o błędach, o krytyce, o tym, czego się nauczyłem i dlaczego nie zamierzam uciekać od odpowiedzialności.
Wizerunek na Instagramie to nie wiarygodność
Dziś mamy wysyp profili, które wyglądają profesjonalnie, ale często działają według prostego schematu: zbudować zaufanie, opakować się w wartości, a potem sprzedawać wpływ.
Widzimy ludzi, którzy mówią o dzieciach, choć dzieci stają się częścią ich marki.
Widzimy osoby mówiące o książkach, ale bez jasnego oddzielania recenzji od promocji.
Widzimy profile zdrowotne i dietetyczne, które brzmią pewnie, ale nie zawsze pokazują źródła.
Widzimy doradców od życia, którzy nie ponoszą konsekwencji za swoje słowa.
Widzimy ekspertów od wychowania, którzy budują autorytet na emocjach, nie na wiedzy.
I dlatego potrzebna jest dyskusja o standardach biznesu online.
Nie po to, żeby kogokolwiek niszczyć.
Po to, żeby przywrócić elementarną zasadę: wiarygodność jest ważniejsza niż wizerunek.
Standardy biznesu online muszą być jasne
Jeżeli ktoś zarabia w internecie, promuje produkty, tworzy kursy, recenzuje książki, doradza rodzicom, mówi o zdrowiu, seniorach, dzieciach, psychice albo wartościach — powinien działać według jasnych standardów.
Powinien oznaczać reklamy.
Powinien podawać źródła.
Powinien oddzielać opinię od wiedzy.
Powinien nie wchodzić w rolę specjalisty, jeśli nim nie jest.
Powinien chronić dzieci, a nie wykorzystywać je do budowania zasięgu.
Powinien pamiętać, że zaufanie ludzi to nie zabawka.
I właśnie dlatego powstaje temat: Standardy biznesu na Instagramie.
Będziemy mówić o influencerach, markach, reklamach, wiarygodności, dzieciach, kompetencjach i odpowiedzialności.
Bo internet nie może być miejscem, w którym wygrywa ten, kto ma najładniejszy profil i najmocniejszy uśmiech.
Internet powinien być miejscem, w którym liczy się prawda, przejrzystość i odpowiedzialność.
Na koniec: krytyka mnie nie uciszy
Można mi zarzucać błędy w książce. Można mi wypominać brak korekty. Można śmiać się z pierwszych publikacji. To nie jest problem.
Problemem jest coś innego: próba odwrócenia uwagi od meritum.
Bo gdy pytam o kompetencje, źródła i odpowiedzialność za porady, nie odpowiada się atakiem na przecinki w mojej książce.
Gdy pytam, czy ktoś ma prawo doradzać ludziom w sprawach zdrowia, psychiki, dzieci albo seniorów, nie odpowiada się: „a pan miał błędy stylistyczne”.
To są dwie różne sprawy.
Moje błędy redakcyjne mogę uznać.
Ale nie zgodzę się na to, żeby brak korekty w mojej pierwszej książce był tarczą dla pseudoeksperckiego chaosu w internecie.
Bo tu nie chodzi o mnie.
Tu chodzi o ludzi, którzy ufają.
O rodziców, którzy szukają mądrych książek dla dzieci.
O seniorów, którzy potrzebują realnego wsparcia.
O dzieci, które nie powinny być narzędziem marketingowym.
O czytelników, którzy mają prawo wiedzieć, czy czytają uczciwą opinię, reklamę, czy element dobrze zaprojektowanego wizerunku.
I dlatego będę o tym pisał.
Ostro.
Konkretnie.
Bez udawania.
Bo wizerunek można zbudować filtrem, zdjęciem i uśmiechem.
Ale wiarygodność buduje się odpowiedzialnością.


Komentarze
Prześlij komentarz