Sprawiedliwi Ukraińcy i Niesprawiedliwi Nawroccy

 

Sprawiedliwi Ukraińcy i Niesprawiedliwi Nawroccy

Kiedy pamięć o Wołyniu zamienia się w narzędzie kampanii

Zawsze zastanawiałem się, jak czują się ludzie, którzy próbują wykorzystać ludobójstwo Polaków na Wołyniu do kampanii wyborczej. Czy naprawdę wierzą, że oddają hołd ofiarom? Czy może dobrze wiedzą, że nie chodzi już o pamięć, tylko o emocję, którą można rzucić tłumowi jak pochodnię?

Bo jest ogromna różnica między pamięcią a politycznym podpalaniem pamięci.

Pamięć mówi: tu byli ludzie, tu były rodziny, tu były dzieci, tu były wsie, tu było cierpienie i śmierć.

Propaganda mówi: weźmy ten ból, wyjmijmy z niego tylko to, co pasuje do kampanii, a resztę przemilczmy.

I właśnie dlatego tak ważne jest przypomnienie Sprawiedliwych Ukraińców — tych, którzy w czasie zbrodni nie odwrócili wzroku. Ostrzegali Polaków przed napadami. Ukrywali całe rodziny. Wyprowadzali dzieci nocą do bezpiecznych miejsc. Dzielili się jedzeniem. Ryzykowali własnym życiem, bo za pomoc Polakom groziła śmierć.

O nich też trzeba mówić. Głośno. Uczciwie. Bez wstydu.




Polskie państwo winno im pamięć. Winno im nazwiska, tablice, lekcje historii, rocznicowe wystąpienia i modlitwę. Winno im coś więcej niż ciszę. Tymczasem w politycznych przemówieniach często wygodniej jest mówić tylko o krzywdzie, a niewygodnie o tych, którzy wśród nienawiści wybrali człowieczeństwo.

Dlaczego?

Bo Sprawiedliwi Ukraińcy psują prostą propagandową opowieść. Pokazują, że historia nie jest pałką do bicia całego narodu. Pokazują, że zbrodni dopuścili się konkretni sprawcy, konkretne formacje, konkretna ideologia — ale nawet wśród ludzi zastraszonych i poddanych nacjonalistycznej presji byli tacy, którzy ratowali Polaków.

To jest właśnie pełna prawda. Trudniejsza, bardziej wymagająca, mniej wygodna dla kampanii. Ale tylko taka prawda ma sens.

Nigdy nie zapomnę opowieści z dzieciństwa. Miałem czternaście lat, kiedy Ciocia — nie z pokrewieństwa, ale od serca, przyjaciółka moich Rodziców — opowiadała mi, jak jej matkę schowano w piwnicy. To nie była historia z podręcznika. To nie był slogan. To była pamięć żywego człowieka. Pamięć o strachu, o ukrywaniu, o tym, że czasem czyjeś życie zależało od decyzji sąsiada.

I właśnie dlatego nie wolno robić z Wołynia wyborczego transparentu.

W jednej z grup, którymi administruję, pewien użytkownik napisał zdanie, które dało mi dużo do myślenia: „Tego nie można mówić, że oni ratowali Polaków, bo to może zaszkodzić naszym”.

Zaszkodzić naszym?

A komu właściwie szkodzi prawda?

Jeżeli prawda o Ukraińcach ratujących Polaków komuś przeszkadza, to znaczy, że nie chodzi mu o historię. Chodzi mu o narrację. O wygodny obraz, w którym jedni mają być wyłącznie źli, a drudzy wyłącznie dobrzy. O polityczny plakat, a nie o pamięć.

To zdanie pokazało mi coś bardzo niepokojącego. Oni — ci zwykli ukraińscy sąsiedzi z Wołynia — potrafili zbuntować się przeciwko terrorowi UPA. Potrafili powiedzieć „nie”, choć ryzykowali życie swoje, swoich dzieci i swoich rodzin.

A nas dziś często nie stać nawet na to, żeby powiedzieć pani Nawrockiej: nie, nie będę wypaczał historii. Nie będę przemilczał Sprawiedliwych Ukraińców. Nie będę udawał, że prawda jest niewygodna, więc trzeba ją schować. Nie będę robił z pamięci narzędzia kampanii.

Bo tylko prawda jest interesująca.

Nie półprawda. Nie propaganda. Nie emocjonalna pałka. Nie wyborcze przemówienie, z którego wycięto tych, którzy nie pasują do politycznej dekoracji.

Władysław i Ewa Siemaszko wykonali gigantyczną pracę dokumentacyjną. Ich publikacja jest zapisem bólu, zbrodni, nazwisk, miejscowości i świadectw. Ale taka książka nie może być używana jako narzędzie nienawiści wobec współczesnych Ukraińców. To byłaby zdrada jej sensu.

Bo jeżeli ktoś bierze pamięć o pomordowanych Polakach i zamienia ją w paliwo do szczucia na cały naród, to nie broni prawdy. On ją okrada.

Prawda o Wołyniu nie potrzebuje krzyku polityków. Potrzebuje odwagi, dokumentów, ekshumacji, nazwisk ofiar, uczciwej edukacji i pamięci o tych Ukraińcach, którzy w godzinie próby nie zdradzili sumienia.

A kiedy politycy pomijają Sprawiedliwych Ukraińców, robią coś bardzo niebezpiecznego. Tworzą historię jednowymiarową. Historię, w której nie ma miejsca na sumienie po drugiej stronie. Historię, która ma już nie uczyć, ale mobilizować gniew.

Wiele lat później czytałem i słuchałem o mechanizmach zła opisywanych przez Philipa Zimbardo. Najbardziej przerażające nie jest to, że potwory istnieją. Najbardziej przerażające jest to, że zwykli ludzie mogą zostać wciągnięci w system pogardy, jeśli ktoś wystarczająco długo będzie im powtarzał, że ich naród jest wyjątkowy, a inni są gorsi, niebezpieczni, obcy, mniej warci.

Czy naprawdę chcemy iść tą drogą?

Czy naprawdę nie widzimy, że ukrywanie niewygodnych faktów, przemilczanie ludzi ratujących Polaków i podsycanie niechęci do innych narodów tworzy grunt, na którym rośnie najgorszy nacjonalizm?

Można mówić prawdę o Wołyniu bez nienawiści. Można domagać się pamięci, ekshumacji i sprawiedliwości bez szczucia. Można nazwać UPA zbrodniczą formacją i jednocześnie powiedzieć: byli Ukraińcy, którzy ratowali Polaków, a ich odwaga zasługuje na szacunek.

To nie osłabia prawdy o ludobójstwie. To ją wzmacnia.

Bo prawda, która boi się Sprawiedliwych, nie jest prawdą. Jest propagandą.

Dlatego trzeba powiedzieć stop. Stop wykorzystywaniu Wołynia w kampaniach. Stop robieniu z ofiar rekwizytów politycznych. Stop przemilczaniu tych, którzy ratowali. Stop budowaniu dumy narodowej na pogardzie wobec innych.

Pamięć o Wołyniu musi być pamięcią o ofiarach, o sprawcach i o tych, którzy mimo groźby śmierci zachowali człowieczeństwo.

Sprawiedliwi Ukraińcy istnieją w tej historii. I jeśli ktoś o nich milczy, to nie opowiada całej prawdy.

A jeśli ktoś mówi, że prawda może „zaszkodzić naszym”, to trzeba zapytać wprost: czyim „naszym”? Tym, którzy chcą pamiętać uczciwie, czy tym, którzy chcą pamięcią manipulować?

Komentarze