Wołyń, prawda i fałszywy patriotyzm.


Wołyń, prawda i fałszywy patriotyzm. Nie wafelkami i orderami, tylko faktami

Z dotychczasowych książek, rozmów i komentarzy o Wołyniu wynikają trzy proste, ale bardzo niewygodne wnioski. Niewygodne szczególnie dla tych, którzy historię traktują jak dekorację do własnej polityki, a nie jak zobowiązanie wobec ofiar.

Pierwszy wniosek jest najważniejszy: dyskryminacja jakiegokolwiek narodu prowadzi do odczłowieczenia. Zawsze. Nie ma znaczenia, czy zaczyna się od żartu, pogardy, stereotypu, publicznego upokorzenia, politycznej nagonki czy religijnie brzmiących haseł. Gdy człowieka przestaje się widzieć jako człowieka, a zaczyna się go widzieć wyłącznie jako „obcego”, „wroga”, „zdrajcę” albo „zagrożenie”, wtedy otwierają się drzwi do przemocy.

I przed tym przestrzegał Jan Paweł II. Patriotyzm nie jest zgodą na nienawiść. Patriotyzm nie jest prawem do pogardy. Patriotyzm nie jest biletem zwalniającym z moralności. Prawdziwa miłość do własnego narodu nie polega na tym, że depcze się inny naród. Bo wtedy nie mamy już patriotyzmu. Mamy nacjonalizm, który udaje patriotyzm, żeby łatwiej ukryć własną brutalność.

Drugi wniosek brzmi: patriotyzm nie może uzasadniać terroru. Żadna flaga, żadna pieśń, żaden mundur, żadna legenda, żadna polityczna opowieść nie usprawiedliwia mordowania cywilów. Nie usprawiedliwia palenia wsi. Nie usprawiedliwia zabijania dzieci, kobiet, starców, sąsiadów. Nie usprawiedliwia ludobójstwa.

Dlatego zbrodnie UPA na Polakach trzeba nazwać po imieniu. Bez półsłówek. Bez relatywizowania. Bez uciekania w wygodne „to były trudne czasy”. Tak, były trudne czasy. Ale właśnie w trudnych czasach najpełniej widać, kto zachował człowieczeństwo, a kto uznał, że polityczny cel jest ważniejszy niż ludzkie życie.

Wołyń nie może być zamieciony pod dywan. Nie może zostać przykryty dyplomacją, uśmiechami, gestami i poprawnością. Ofiary mają prawo do pamięci. Rodziny mają prawo do prawdy. Polska ma prawo domagać się dokumentów, ekshumacji, badań, książek, świadectw i publicznego uznania zbrodni.




Ale z tego nie wynika, że wolno przerzucać winę z organizacji, ideologii i sprawców na cały współczesny naród ukraiński. To jest właśnie moment, w którym część komentujących przestaje rozumieć historię, a zaczyna uprawiać plemienną zemstę.

Trzeci wniosek jest więc taki: gdy mówimy o historii, nie można pominąć choćby jednego faktu. Nie można mówić tylko o zbrodniach UPA, a przemilczać Ukraińców, którzy ratowali Polaków. Nie można mówić o ofiarach, a zapominać o tych, którzy ryzykowali własne życie, żeby ostrzec sąsiadów, ukryć rodzinę, nakarmić dziecko albo przeprowadzić kogoś przez śmiertelne zagrożenie.

To nie jest „rozmywanie winy”. To jest uczciwość. Prawda nie boi się pełnego obrazu. Propaganda boi się kontekstu. Historia pisana pod gniew wybiera tylko te fakty, które pasują do tezy. Historia pisana uczciwie pokazuje całość — nawet wtedy, gdy ta całość jest bolesna, niejednoznaczna i trudna do wykorzystania w kampanii politycznej.

Z dotychczasowych komentarzy widać niestety, że wielu Polaków tego nie rozumie. Wydaje im się, że jeśli ktoś przypomina o Ukraińcach ratujących Polaków, to „pomniejsza Wołyń”. Nie. On właśnie broni prawdy przed przerobieniem jej na tanią nagonkę.

Bo są trzy rzeczy, które trzeba zrobić jednocześnie.

Po pierwsze: potępić ludobójstwo UPA. Jasno, mocno i bez ucieczek.

Po drugie: walczyć faktami — dokumentami, książkami, nagraniami, świadectwami, archiwami, badaniami historyków. Nie krzykiem. Nie internetowym linczem. Nie pogardą wobec całego narodu. Nie komentarzami pisanymi z pianą na ustach.

Po trzecie: nie pozwolić politykom zamienić pamięci o ofiarach w teatr symboli.

Bo prawdy historycznej nie załatwia się wafelkami. Nie załatwia się orderami. Nie załatwia się gestami robionymi pod publiczkę. Prawda historyczna wymaga pracy, odwagi i konsekwencji. Wymaga dokumentów. Wymaga badań. Wymaga rozmów, których nie da się sprowadzić do jednego krzyczącego hasła.

Jeżeli ktoś naprawdę chce walczyć o pamięć Wołynia, niech walczy o archiwa, ekshumacje, edukację, publikacje, filmy dokumentalne, świadectwa rodzin i obecność tego tematu w szkołach. Niech wspiera książki, które pokazują fakty. Niech czyta, sprawdza, porównuje źródła. Niech nie udaje historyka po przeczytaniu trzech komentarzy na Facebooku.

Bo najgorsze, co można zrobić ofiarom Wołynia, to wykorzystać ich cierpienie jako paliwo do współczesnej nienawiści.

Dlatego ja też nie przyjąłbym orderu od polityka, który chce pamięć historyczną zamienić w dekorację własnego wizerunku. Nie dlatego, że prawda o Wołyniu jest nieważna. Właśnie dlatego, że jest zbyt ważna, żeby robić z niej polityczny rekwizyt.

Wołyń wymaga powagi. Wymaga prawdy. Wymaga potępienia sprawców. Ale wymaga też moralnej uczciwości, która nie pozwala karać całego narodu za zbrodnie ideologii i formacji odpowiedzialnych za mordy.

Jeżeli patriotyzm ma znaczyć cokolwiek więcej niż krzyk, musi być oparty na prawdzie. A prawda jest taka: ludobójstwo trzeba nazwać ludobójstwem, ofiary trzeba upamiętnić, sprawców trzeba wskazać, dokumenty trzeba publikować, a nienawiści wobec całego narodu trzeba się przeciwstawić.

Inaczej nie bronimy pamięci.

Inaczej tylko powtarzamy mechanizm, który zawsze zaczyna się tak samo: od pogardy, od odczłowieczenia, od przekonania, że „oni” są mniej warci niż „my”.

A historia Wołynia powinna nas nauczyć właśnie tego, że od takich słów do tragedii droga bywa krótsza, niż wielu chce dziś przyznać.

Komentarze