Kiedy pamięć tonie w nienawiści. Komu dziś służy Wołyń?

 

Kiedy pamięć tonie w nienawiści. Komu dziś służy Wołyń?

Szukając prawdy o tragicznym losie Polaków na Wołyniu w mediach społecznościowych, coraz trudniej znaleźć przestrzeń na ciszę, zadumę i rzetelną wiedzę. Zamiast tego zderzamy się ze ścianą krzyku, agresji i politycznej instrumentalizacji. Prawdziwa pamięć o ofiarach zbrodni dokonanej w 1943 roku zaczyna tonąć w eskalacji nienawiści tak wielkiej, że uderza ona w najmniej winnych – w dzieci.

Niedawno polską opinią publiczną poruszyły doniesienia o sześcioletniej ukraińskiej dziewczynce, która w jednym z polskich sklepów miała zostać publicznie wyzwana od „banderowców”. Ten przerażający incydent pokazuje, do jak niebezpiecznego punktu doszliśmy. Sześcioletnie dziecko, które nie ma i nie może mieć nic wspólnego z tragiczną historią sprzed ponad ośmiu dekad, staje się tarczą strzelniczą dla ludzi, którzy patriotyzm pomylili ze ślepą ksenofobią.

Czy to jest ta „pamięć”, o którą walczyliśmy? Czy ideologia, która w latach czterdziestych doprowadziła do mordowania sąsiadów, ma być dzisiaj zwalczana językiem zbiorowej odpowiedzialności i pogardy?

Najpierw fakty, potem emocje

Rzetelne mówienie o Wołyniu nie wymaga łagodzenia odpowiedzialności Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii. Przeciwnie – wymaga jasnego nazwania charakteru i skali zbrodni.

Prof. Grzegorz Motyka już we wstępie książki Od rzezi wołyńskiej do akcji „Wisła”. Konflikt polsko-ukraiński 1943–1947 pisze, że od lat próbuje:

„przekonać Ukraińców, że mordowanie ludności polskiej na Wołyniu było faktem”.

To krótkie zdanie pokazuje, że pojednanie nie może zostać zbudowane na przemilczeniu. Najpierw musi zostać uznana prawda o zamordowanych polskich cywilach – kobietach, dzieciach, osobach starszych, duchownych i całych rodzinach. Motyka opisuje rzeź wołyńską jako antypolską czystkę etniczną, której celem było usunięcie polskiej ludności z ziem uznawanych przez ukraińskich nacjonalistów za przyszłe terytorium niepodległej Ukrainy.

Historyk nie pozostawia więc wątpliwości co do odpowiedzialności sprawców. Nie przedstawia zbrodni jako zwykłego, symetrycznego „konfliktu sąsiedzkiego”. Opisuje zaplanowane działania wymierzone w ludność cywilną, prowadzone między innymi poprzez systematyczne ataki na polskie miejscowości, zabijanie mieszkańców i niszczenie śladów ich obecności.

Jednocześnie Motyka pokazuje, że poważna historia nie może zostać zamieniona w narodową legendę, w której jeden naród występuje wyłącznie jako ofiara, a drugi zostaje uznany za wspólnotę dziedzicznie obciążoną winą.

Pamięć jest obowiązkiem, ale nie usprawiedliwia nienawiści

W zakończeniu książki prof. Motyka formułuje niezwykle ważną zasadę:

„Polacy mają prawo — ba, moralny obowiązek — czcić ofiary rzezi wołyńskiej i galicyjskiej”.

Historyk dodaje jednak, że pamięci o polskich ofiarach nie powinno towarzyszyć zapominanie o krzywdach wyrządzanych przez Polaków.

Nie oznacza to zrównania skali wszystkich zbrodni ani rozmywania odpowiedzialności UPA. Oznacza natomiast, że historia ma służyć prawdzie, a nie produkowaniu wygodnych mitów. Pamięć uczciwa nie wybiera faktów wyłącznie według tego, czy wzmacniają one narodowe samozadowolenie.

Możemy i powinniśmy domagać się ekshumacji, godnych pochówków, dostępu do archiwów, uczciwych podręczników oraz jednoznacznego potępienia zbrodniczej ideologii. Nie wolno jednak przenosić odpowiedzialności członków OUN-UPA na współczesne ukraińskie dzieci, rodziny uchodźcze, pracowników czy studentów.

Dzisiejszy Ukrainiec nie staje się odpowiedzialny za Wołyń tylko dlatego, że urodził się w Ukrainie. Tak samo współczesny Polak nie ponosi osobistej winy za każdą zbrodnię popełnioną przez polskie formacje w przeszłości.

Ukraińcy, którzy ratowali Polaków

W internetowej narracji gniewu niemal całkowicie ginie jeszcze jeden ważny fragment historii: Ukraińcy, którzy ostrzegali, ukrywali i ratowali swoich polskich sąsiadów.

Pomagali mimo grożącej im śmierci. Niekiedy płacili za tę pomoc własnym życiem. Nie pasują do obrazu, według którego każdy Ukrainiec miał być „banderowcem”, dlatego radykalne profile najczęściej o nich milczą.

Tymczasem bez pamięci o tych ludziach historia Wołynia pozostaje niepełna. Rzetelność wymaga oddania sprawiedliwości zarówno polskim ofiarom, jak i Ukraińcom, którzy nie podporządkowali się nacjonalistycznemu terrorowi.

W swojej pracy Motyka pokazuje OUN i UPA jako konkretne organizacje polityczne oraz wojskowe, kierujące się określoną ideologią i realizujące określone cele. Nie utożsamia ich automatycznie z całym narodem ukraińskim. Jego badania dotyczą działalności ukraińskiego podziemia, jego struktur, decyzji, taktyki oraz dokonanych zbrodni – a nie rzekomej zbiorowej natury wszystkich Ukraińców.

Ta różnica jest fundamentalna. Bez niej historia przestaje być historią, a staje się narzędziem propagandy.




Lekcja, o której zapomnieliśmy

W głośnym internetowym zgiełku niemal całkowicie ucichł głos, który przez lata formował moralną tożsamość Polaków. Jan Paweł II, wielki orędownik polsko-ukraińskiego pojednania, uczył nas chrześcijańskiego przebaczenia.

Podczas pielgrzymki do Ukrainy w 2001 roku mówił:

„Niech dzięki oczyszczeniu pamięci historycznej wszyscy gotowi będą stawiać wyżej to, co jednoczy, niż to, co dzieli”.

Papież wzywał, aby wspólnie budować przyszłość opartą na wzajemnym szacunku, współpracy i solidarności.

Przebaczenie nie oznacza zapomnienia o zbrodni. Wręcz przeciwnie – wymaga nazwania zła po imieniu. Chrześcijańskie przebaczenie odrzuca jednak chęć odwetu i odpowiedzialność zbiorową. Ma prowadzić do uzdrowienia, a nie do infekowania nienawiścią kolejnych pokoleń.

Nie można zasłaniać się Janem Pawłem II, a następnie wyzywać ukraińskie dziecko od „banderowców”. Nie można mówić o obronie chrześcijańskiej Polski, posługując się pogardą wobec całego narodu. Nie można czcić pomordowanych dzieci z Wołynia, upokarzając dzieci żyjące dzisiaj.

Film, Facebook i algorytm gniewu

Współczesne media społecznościowe karmią się zupełnie innymi wartościami niż cisza, wiedza i odpowiedzialność. Na jednej z dużych grup literackich na Facebooku masowo promowany jest obecnie film fabularny dostępny na platformie streamingowej, opowiadający o wydarzeniach wołyńskich. Zamiast merytorycznej dyskusji o faktach, źródłach czy warsztacie twórców, pod postami pojawia się fala komentarzy pełnych jadu.

Sama promocja filmu historycznego nie jest niczym złym. Przeciwnie – dzieła kultury mogą pomagać w poznawaniu przeszłości. Problem zaczyna się wtedy, gdy film fabularny zostaje potraktowany jak jedyne źródło wiedzy, a emocje wywołane ekranową przemocą są następnie kierowane przeciwko żyjącym współcześnie ludziom.

Film nie zastąpi monografii historycznej. Scena fabularna nie zastąpi dokumentu, relacji świadka ani krytycznej analizy źródeł. Szczególnie niebezpieczne jest oglądanie podobnych produkcji wyłącznie po to, aby znaleźć potwierdzenie dla wcześniej istniejących uprzedzeń.

Widzowie zachęceni algorytmami gniewu nie zawsze szukają historycznej prawdy. Niekiedy oglądają ekranową przemoc nie po to, by zrozumieć dramat ofiar i mechanizmy radykalizacji, ale by utwierdzić się w bieżącej niechęci do współczesnych sąsiadów.

Wtedy Wołyń przestaje być historią konkretnych zamordowanych ludzi. Staje się internetowym hasłem, polityczną maczugą i sposobem na zdobywanie zasięgów.

Komu służy taka pamięć?

Czy służy rodzinom ofiar? Czy pomaga odnaleźć miejsca pochówku? Czy przybliża nas do ekshumacji? Czy poszerza wiedzę o wydarzeniach z 1943 roku? Czy przypomina nazwiska zamordowanych, ratowanych i ratujących?

A może służy przede wszystkim politykom, influencerom oraz administratorom stron, którzy odkryli, że słowo „Wołyń” gwarantuje zasięgi, gniew i tysiące komentarzy?

Pamięć przestaje służyć ofiarom w chwili, gdy ich cierpienie zostaje wykorzystane jako usprawiedliwienie dla poniżania niewinnych ludzi. Pomordowani nie potrzebują internetowego odwetu. Potrzebują grobów, nazwisk, modlitwy, badań i prawdy.

Potrzebują także języka, który nie będzie podobny do języka dawnych nacjonalistów. Każda ideologia zbrodni rozpoczyna się bowiem od odebrania człowiekowi indywidualności. Zamiast sąsiada pojawia się „wróg”. Zamiast dziecka – przedstawiciel znienawidzonej grupy. Zamiast konkretnej osoby – narodowa etykieta.

Kiedy sześcioletnia dziewczynka zostaje nazwana „banderowcem”, uruchomiony zostaje właśnie ten mechanizm.

To nie jest dobra promocja Polski

Taki sposób prowadzenia debaty publicznej to fatalna wizytówka naszego kraju. Jeżeli świat i nasi sąsiedzi będą widzieć Polskę jako państwo, w którym pamięć o własnych męczennikach przekuwa się w agresję wobec dzieci, osłabimy własną wiarygodność w domaganiu się prawdy historycznej.

Nie dlatego, że zbrodnia przestanie być zbrodnią. Nie dlatego, że fakty ulegną zmianie. Ale dlatego, że ludzie reprezentujący polską pamięć historyczną zaczną być kojarzeni nie z rzetelnością, lecz z pogardą i zbiorową odpowiedzialnością.

To nie jest dobra promocja historii Polski. Prawdziwa wielkość narodu mierzy się między innymi tym, czy potrafi opłakiwać swoje ofiary z godnością, spokojem i szacunkiem dla prawdy.

Prof. Grzegorz Motyka pokazuje drogę znacznie trudniejszą od internetowego krzyku: trzeba jednoznacznie mówić o zbrodni UPA, bronić pamięci polskich ofiar, badać dokumenty, uwzględniać pełny kontekst i nie zamieniać historii w oskarżenie skierowane przeciwko całemu współczesnemu narodowi.

Dopóki pozwalamy, aby internetowi krzykacze i skrajni publicyści rządzili emocjami wokół Wołynia, dopóty pamięć o Kresach będzie coraz częściej kojarzona nie z męczeństwem i poszukiwaniem sprawiedliwości, lecz z prymitywnym odwetem.

Czas wrócić do książek naukowych, dokumentów, świadectw i ciszy. Czas ponownie usłyszeć lekcję pozostawioną przez Jana Pawła II. Czas pamiętać o zamordowanych bez poniżania żyjących.

Zanim nienawiść doszczętnie wypali to, co w naszej pamięci powinno pozostać święte.

Komentarze