Od kwiatów do szczucia. Jak polityka pamięci została zamieniona w politykę pogardy
Jeszcze niedawno wielu polityków prawicy chętnie fotografowało się na tle pomocy dla Ukrainy, mówiło o solidarności, o wspólnej walce z rosyjskim imperializmem, o tym, że Polska zdała historyczny egzamin. Wtedy ukraińskie matki z dziećmi były symbolem cierpienia, a polska pomoc — powodem do dumy. Dziś ten sam temat coraz częściej staje się paliwem do polowania na emocje, lajki i wyborcze punkty.
Na pokazanym zrzucie Dariusz Matecki uderza w dramatyczny ton: „nie ma zgody”, „zmuszanie dzieci”, „obcy hymn”, „presja”, „przekroczenie uprawnień”. Brzmi jak wielka narodowa afera. Tylko że według ustaleń Konkret24 nie było potwierdzenia, że dzieci były zmuszane do śpiewania hymnu Ukrainy, a samo nagranie było stare i pochodziło z 2023 roku z wydarzenia określanego jako „Dzień Ukraiński” w przedszkolu w Słupsku. (konkret24.tvn24.pl)
I tu zaczyna się problem. Bo poseł nie jest zwykłym komentatorem z internetu. Poseł ma mandat, zasięgi, autorytet państwa za plecami i świadomość, że jego słowa mogą rozpalić tłum. Kiedy więc parlamentarzysta bierze stare nagranie z dziećmi i opakowuje je w narrację o zagrożeniu polskości, nie prowadzi debaty. On naciska guzik alarmowy w głowach ludzi, którzy już są zmęczeni, przestraszeni, podatni na gniew.
Najbardziej cyniczne jest to, że wszystko odbywa się pod płaszczykiem troski o symbole narodowe. Polska flaga, polski hymn, polska szkoła — piękne słowa. Tylko że one nie powinny służyć jako pałka do okładania dzieci, nauczycieli i uchodźców. Szacunek do Polski nie rośnie wtedy, gdy upokarza się Ukrainę. Patriotyzm nie polega na tym, że każdą ukraińską piosenkę, flagę czy gest solidarności przedstawia się jako zamach na Rzeczpospolitą.
Jeszcze gorzej wygląda używanie pamięci o Wołyniu jako dekoracji do bieżącej politycznej awantury. Wołyń to rana, tragedia, groby, rodziny, które przez dekady walczyły o prawdę, pamięć i godny pochówek. To nie jest przypinka do sejmowego występu. To nie jest rekwizyt do posta na Facebooku. To nie jest tarcza, za którą można schować każdą wulgarną, antyukraińską emocję.
Bo jeśli ktoś naprawdę walczy o pamięć ofiar Wołynia, powinien robić to z powagą. Bez rechotu. Bez internetowych obelg. Bez zbiorowej odpowiedzialności wobec wszystkich Ukraińców. Bez przyzwolenia na komentarze, w których każdy Ukrainiec staje się „banderowcem”, „wrogiem” albo „zagrożeniem”. Pamięć historyczna wymaga klasy. Nienawiść wymaga tylko publiczności.
Dlatego tak trudno połączyć prawdziwą walkę o pamięć rodzin wołyńskich z ludźmi, którzy jednocześnie chętnie używają wulgaryzmów, zbiorowych oskarżeń i prymitywnych obrazków. Jeśli ktoś dorysowuje genitalia do cudzych wizerunków, krzyczy o „obcych”, rozkręca pogardę i jeszcze próbuje występować jako strażnik narodowej godności, to nie broni pamięci. On ją brudzi.
Prawda o Wołyniu nie potrzebuje politycznych krzykaczy. Potrzebuje archiwów, edukacji, ekshumacji, dialogu, presji dyplomatycznej i uczciwego nazwania zbrodni. Ale nie potrzebuje szczucia na ukraińskie dzieci w polskich szkołach. Nie potrzebuje robienia z uchodźców wroga wewnętrznego. Nie potrzebuje polityków, którzy jednego dnia chcą zbierać kapitał na pomocy Ukrainie, a drugiego dnia grzeją elektorat opowieścią, że ukraiński hymn zaśpiewany przez dzieci to prawie koniec Polski.
To nie jest obrona polskości. To jest handel polskością.
Polska szkoła ma prawo uczyć szacunku do polskich symboli. Ma obowiązek uczyć polskiej historii. Ale może też uczyć empatii, rozumienia sąsiadów i pamięci o tym, że Ukraina dziś płaci krwią za zatrzymywanie Rosji dalej od naszych granic. Można jednocześnie mówić prawdę o Wołyniu i nie pluć na współczesnych Ukraińców. Można domagać się godnego upamiętnienia polskich ofiar i nie robić z każdego ukraińskiego dziecka podejrzanego.
Największym kłamstwem tej narracji jest fałszywy wybór: albo Polska, albo Ukraina. Albo hymn polski, albo ukraiński. Albo pamięć Wołynia, albo pomoc uchodźcom. To prymitywna pułapka. Dojrzały patriotyzm potrafi więcej. Potrafi powiedzieć: pamiętamy o polskich ofiarach, żądamy prawdy, nie zgadzamy się na kult zbrodniarzy — i jednocześnie nie będziemy poniżać ludzi, którzy uciekli przed rosyjskimi bombami.
Dariusz Matecki i jemu podobni mogą udawać, że bronią polskich dzieci. W rzeczywistości bronią własnej politycznej pozycji, karmiąc ludzi lękiem. Bo nic tak nie klika się w internecie jak strach przed „obcym”. Nic tak szybko nie buduje zasięgów jak wrzucenie dzieci, flagi, hymnu i narodowej histerii do jednego posta.
Tylko że za każdym takim postem zostają realne skutki: ukraińskie dzieci w polskich szkołach, które zaczynają czuć się jak intruzi; polscy nauczyciele, którzy boją się zrobić jakiekolwiek wydarzenie integracyjne; rodziny wołyńskie, których tragedia zostaje sprowadzona do politycznego znaczka; i społeczeństwo, które znowu ma być podzielone na „prawdziwych Polaków” i „zdrajców”.
Prawdziwa pamięć nie potrzebuje nienawiści. Prawdziwy patriotyzm nie potrzebuje pogardy. A prawdziwa troska o dzieci nie zaczyna się od publicznego szczucia na inne dzieci.
To, co dziś widzimy, nie jest walką o polską szkołę. To jest walka o emocje wyborców. A symbole narodowe, Wołyń i ukraińskie dzieci zostały wrzucone do tej samej maszynki propagandowej. I właśnie dlatego trzeba powiedzieć jasno: pamięć o Wołyniu zasługuje na szacunek, a nie na używanie jej jako przypinki do politycznej nagonki.



Komentarze
Prześlij komentarz