Zwinąć żagle przed trollami. Dlaczego polscy herosi sportu przegrali walkę o wiarygodność
Kiedy
wygrywają na światowych arenach, nazywamy ich „herosami”,
„gladiatorami” i „wzorami dla młodzieży”. Przypisujemy im cechy, które
rzekomo czynią ich większymi niż samo widowisko sportowe: niezłomność,
odwagę, charakter ze stali. Jednak gdy wirtualna rzeczywistość rzuciła
im pierwsze poważne wyzwanie poza boiskiem i kortem, polscy tytani – Iga
Świątek i Robert Lewandowski – postanowili po cichu spakować manatki.
Ich kapitulacja przed internetowym hejtem w sprawie Ukrainy to bolesna
lekcja o tym, jak łatwo wielki wizerunek rozpada się pod wpływem strachu
o słupki popularności.
Symbole na dobre czasy
Na
początku rosyjskiej inwazji solidarność była w modzie. Robert
Lewandowski dumnie zakładał żółto-niebieską opaskę kapitańską, a Iga
Świątek przez miesiące nie rozstawała się z dyskretną wstążką przypiętą
do czapki. Te gesty budowały ich narrację jako sportowców
zaangażowanych, wrażliwych na krzywdę, niebędących jedynie maszynami do
zarabiania pieniędzy. Świat bił brawo, a kibice nad Wisłą pękali z dumy.
Problem
pojawił się wtedy, gdy nastroje społeczne wokół konfliktu zaczęły
gęstnieć, a algorytmy mediów społecznościowych zalała fala polaryzacji.
Gdy na facebookowych grupach i platformie X pojawił się agresywny hejt –
często absurdalny, oskarżający gwiazdy o „antypolskość” czy „promowanie
banderyzmu” – nasi herosi stanęli przed prawdziwym testem niezłomności.
Zamiast jednak twardo bronić swoich wartości i pokazać, że prawda oraz
empatia nie podlegają negocjacjom z internetową tłuszczą, oboje wybrali
najprostszą drogę ucieczki. Zwinęli żagle.
Szczerość, która obnaża kapitulację
Iga
Świątek wykazała się rzadką, wręcz rozbrajającą szczerością,
przyznając, że zdejmuje wstążkę, bo skala komentarzy kwestionujących jej
polskość była zbyt przytłaczająca. Z kolei otoczenie Roberta
Lewandowskiego szybko ucięło temat gry z ukraińską opaską przed
turniejem w Katarze, deklarując, że „tematu nie było i nie ma”.
Z
punktu widzenia doradców od PR-u i marketingu była to decyzja genialna w
swojej prostocie: odciąć dopływ toksycznego paliwa, uspokoić sekcje
komentarzy, ratować neutralność wizerunkową marek wartych miliony.
Jednak z perspektywy moralnej i etycznej trudno nie nazwać tego porażką.
Przecież prawdziwych liderów opinii nie poznaje się po tym, jak machają
flagą, gdy wszyscy wokół klaszczą. Pozna się ich po tym, czy potrafią
utrzymać swój kurs, gdy wieje im w twarz potężny, lodowaty wiatr
krytyki.
Gdzie podziali się dawni buntownicy?
Historia
sportu zna postaci, które dla swoich przekonań potrafiły zaryzykować
absolutnie wszystko. Muhammad Ali wolał pójść do więzienia i stracić
najlepsze lata kariery, niż polecieć na wojnę w Wietnamie. Colin
Kaepernick rzucił na szalę swoją przyszłość w NFL, klękając podczas
hymnu Stanów Zjednoczonych w proteście przeciwko brutalności policji.
Oni nie sprawdzali przed meczem, jakie nastroje panują na forach
dyskusyjnych. Byli gotowi zapłacić realną cenę za swoją wiarygodność.
Współczesne
polskie gwiazdy wolą jednak bezpieczny kokon świętego spokoju.
Tłumaczenie, że „pomoc została przeniesiona w sferę cichych przelewów
finansowych”, choć chwalebne, nie zmazuje plamy na ich autorytecie.
Usunięcie symboli pod presją krzyczącej mniejszości to otwarte
przyznanie się do tego, że trolle na Facebooku wygrały. To sygnał dla
każdego internetowego agresora: „Naciśnijcie nas mocniej, a ustąpimy, bo nasz komfort psychiczny i spokój menedżerów są ważniejsze niż publiczne świadectwo”.
Gorzki bilans
Nie
można nikomu nakazać bycia męczennikiem za sprawę. Iga Świątek i Robert
Lewandowski mają pełne prawo do ochrony swojego zdrowia psychicznego
oraz skupienia się wyłącznie na odbijaniu piłki. Niech jednak w takim
razie ich sztaby marketingowe nie próbują nas dłużej przekonywać o ich
„społecznej misji” i „wizerunku, który zmienia świat”.
Jeśli
heros ucieka z pola bitwy o wartości przy pierwszej większej fali
hejtu, to znaczy, że jego wiarygodność była uszyta z bardzo cienkich
nici. Pozostał po niej niesmak i świadomość, że współczesny sport
generuje tytanów na boisku, ale niezwykle kruchych ludzi poza nim.

Komentarze
Prześlij komentarz