Biznes na dnie szklanki. Jak popkultura i algorytmy zarabiają na nałogach naszych dzieci
Gdy dwunastolatkowie przechodzą alkoholowy debiut, przemysł rozrywkowy i giganci technologiczni liczą zyski z wyświetleń. Czas skończyć z pobłażliwym traktowaniem „artystycznych wizji” i głośno powiedzieć to, co oczywiste: serwowanie młodzieży taniej, knajpianej melancholii jako lekarstwa na życiowe kryzysy to cyniczny, bezduszny biznes. Normalny człowiek szuka ratunku w gabinecie psychologa. Współczesna popkultura woli jednak pchać młodzież w objęcia nałogu.
W dyskusji o kondycji psychicznej polskiej młodzieży od lat krąży ta sama, wygodna mantra o „zagubieniu”, „poszukiwaniu siebie” i „artystycznej wolności ekspresji”. Czas zrzucić te maski. Kiedy najpopularniejsi muzycy w kraju, będący idolami milionów dzieciaków, pakują w chwytliwe melodie teksty o „rozdawaniu koniaków”, ucieczkach do barów i topieniu lęku przed upadkiem w oparach alkoholu, nie mamy do czynienia ze sztuką. Mamy do czynienia z groźnym narzędziem marketingu behawioralnego, które normalizuje autodestrukcję. I dzieje się to w kraju, w którym statystyki dotyczące nieletnich dawno przekroczyły stan alarmowy.
Przerażająca statystyka i domowa znieczulica
Z raportów socjologicznych oraz badań opinii publicznej wyłania się obraz katastrofy. Statystyki pokazują, że pierwsze doświadczenia z alkoholem nastolatkowie zdobywają w coraz młodszym wieku – problem dotyczy już dzieci z przedziału 10–12 lat. Z kolei międzynarodowe badania szkolne ESPAD bezlitośnie obnażają skalę problemu: większość polskich nastolatków przed ukończeniem 16. roku życia ma już za sobą inicjację alkoholową.
Młodzi ludzie nie zaczynają jednak pić sami z siebie. Wchodzą w nałóg, ponieważ świat dorosłych wysyła im jednoznaczne sygnały. Eksperci z obszaru profilaktyki uzależnień od dawna alarmują: obecność motywów alkoholowych w teledyskach, tekstach piosenek czy promocji stylizowanych trunków drastycznie zwiększa ryzyko wczesnego sięgania po procenty. Dzieci nie widzą w alkoholu zagrożenia, bo ich idole opakowali go w błyszczący, romantyczny papier.
Lokowanie produktu w ludzkiej psychice
Naiwnością byłoby jednak wierzyć, że ten knajpiany sztafaż w tekstach współczesnych gwiazd to wyłącznie efekt ich głębokich, egzystencjalnych przemyśleń. Żyjemy w czasach, w których popowi wykonawcy, szumnie mieniący się „Artystami”, bez mrugnięcia okiem podpisują wielomilionowe kontrakty z koncernami alkoholowymi i nikotynowymi. Twarz idola nastolatków na butelce modnego trunku, sygnowanie własnym nazwiskiem linii alkoholi czy promowanie e-papierosów w mediach społecznościowych stały się nową normą.
Co z tego, że polskie prawo teoretycznie ogranicza i reguluje emisję tradycyjnych reklam takich produktów, zakazując ich pokazywania w ciągu dnia? Przemysł rozrywkowy i korporacje znalazły idealną lukę prawną: marketing ukryty bezpośrednio w sztuce. Piosenki wmawiające dzieciom, że alkohol i szlugi to ich „ostatnia nadzieja”, mogą lecieć w największych rozgłośniach komercyjnych, takich jak RMF FM, czy na YouTubie o godzinie dwunastej w południe. Trafiają prosto do uszu dzieci wracających ze szkół. Formalnie nikt prawa nie łamie – przecież to tylko „utwór muzyczny”. W praktyce to całodobowa, podprogowa reklama, za którą korporacje płacą gigantyczne pieniądze.
Kiedyś szczytem estradowej kontrowersji były wulgarne, koncertowe dopowiedzenia do radiowych hitów z lat 80. (jak choćby dopisywane przez publiczność wersy do utworu „Słodkiego, miłego życia”). Były one przaśne, kipiące hormonami, ale wynikały z czystego, młodzieńczego buntu i były nieszkodliwe dla zdrowia fizycznego. Dzisiejsza „kontrowersja” to chłodno skalkulowany, korporacyjny cynizm, który zamiast wolności wciska dwunastolatkom bilet w jedną stronę do nałogu.
Bezduszny algorytm i muzyka dla mas
Dlaczego przemysł muzyczny tak chętnie idzie na ten układ? Odpowiedź jest prozaiczna: na ludzkim nieszczęściu zarabia się najlepiej. Smutek, poczucie osamotnienia, lęk przed porażką i młodzieńczy bunt to najbardziej „klikalne” emocje na świecie. Wytwórnie muzyczne i serwisy streamingowe doskonale wiedzą, jak działa ten mechanizm. Napisanie dennego, pseudogłębokiego tekstu o piciu z rozpaczy, podbitego nostalgiczną melodią, to gotowy przepis na radiowy hit i miliony na koncie.
Tutaj do gry wkracza cyniczna pętla odpowiedzialności platform społecznościowych. TikTok, YouTube i Instagram karmią się zaangażowaniem. Algorytmy promują treści emocjonalne, skrajne i destrukcyjne, bo to one najdłużej zatrzymują nastolatka przed ekranem. Badania nad wpływem social mediów jednoznacznie wskazują, że powtarzająca się ekspozycja na treści pokazujące używki jako formę radzenia sobie ze stresem drastycznie zaburza postrzeganie rzeczywistości przez nieletnich. Przemysł muzyczny idzie pod rękę z technologicznymi gigantami – jedni produkują alkoholową melancholię na zlecenie sponsorów, drudzy wciskają ją dzieciom prosto do smartfonów. Zyski ze streamingu rosną, a koszty społeczne ponoszą rodzice i zrujnowany system ochrony zdrowia.
Gdzie podziały się wartości? Gdzie empatia?
Ta drastyczna zmiana rynkowa niesie za sobą przerażające skutki dla rozwoju emocjonalnego młodych ludzi. Jeszcze nie tak dawno temu muzyka popularna była nośnikiem wartości wyższych. Przypomnijmy sobie utwory, na których wychowywały się poprzednie pokolenia. Piosenki takie jak „Love Can Build a Bridge”, „Give Me Your Heart”, „I Promise You”, „I Can’t Stop Loving You” czy ponadczasowe „I Believe” uczyły empatii, miłości, wierności danemu słowu oraz wiary w drugiego człowieka. Muzyka była przestrzenią budowania kapitału emocjonalnego. Pokazywała, że najsilniejszym oparciem w chwilach słabości jest relacja z ludźmi, otwartość i wrażliwość.
Dzisiejsza popkultura ten drogowskaz brutalnie połamała. Współcześni, tak zwani „Artyści”, zamiast miłości i budowania mostów, oferują młodzieży nihilizm opakowany w radiowy beat. Kiedy dwunastolatek zamiast o miłości, obietnicach i wierze w lepsze jutro uczy się ze słuchawek, że jego „ostatnią nadzieją” w życiowym kryzysie jest alkohol i papieros, dochodzi do emocjonalnego skażenia. Jak to pokolenie ma w przyszłości wykształcić w sobie empatię, głębokie wartości czy umiejętność tworzenia zdrowych związków? Zamiast uczyć przeżywania trudnych emocji, popkultura serwuje im znieczulenie na dnie szklanki. To już nie jest kryzys gustu muzycznego – to systemowe niszczenie wrażliwości młodego pokolenia.
Zamiast terapeuty – bilet na koncert?
Największym kłamstwem, jakie współczesna popkultura wmawia młodemu pokoleniu, jest to, że z życiowego zakrętu wychodzi się poprzez ucieczkę – w barowy klimat, w samotność, w metaforyczną „małą łódź” na oceanie kłamstw. To groźny, toksyczny mit. Kiedy młody człowiek czuje, że spada, kiedy nie radzi sobie z presją szkoły, rówieśników czy problemów domowych, jedynym racjonalnym i odpowiedzialnym krokiem jest kontakt ze specjalistą – psychologiem, psychoterapeutą lub psychiatrą.
Wizyta w gabinecie terapeutycznym uczy konstruktywnego radzenia sobie z emocjami, nazywania lęków i budowania realnej odporności. Tymczasem popularni muzycy oferują młodzieży destrukcyjny substytut: „Posłuchaj mojej piosenki, zanurz się w moim smutku, zobacz, jak pięknie i poetycko można cierpieć przy barowym stoliku”. To ordynarne pchanie bezbronnych emocjonalnie ludzi w szpony nałogu. Słuchanie radiowych banałów o topieniu smutków nie rozwiązało jeszcze żadnego problemu psychicznnego – wręcz przeciwnie, opóźnia moment, w którym człowiek decyduje się szukać prawdziwej, medycznej pomocy.
Dość milczenia
Czas skończyć z udawaniem, że masowa rozrywka jest niewinna, a wykonawcy to niepoprawni romantycy. Twórcy, którzy bezrefleksyjnie romantyzują alkohol i papierosy w swoich utworach, żerują na najniższych instynktach i podatności nastoletnich odbiorców, realizując przy tym zapisy swoich intratnych kontraktów reklamowych. Nie ma zgody na to, by w imię milionowych zysków z wyświetleń i praw autorskich legitymizować picie jako formę egzystencjalnego buntu. Jeśli jako społeczeństwo nie zaczniemy głośno piętnować tej alkoholowo-tytoniowej propagandy ukrytej w popowych hitach, gabinety psychologiczne i ośrodki leczenia uzależnień będą pękać w szwach. Nasze dzieci zasługują na prawdziwą pomoc i rzetelną terapię, a nie na komercyjny bełkot o szukaniu „ostatniej nadziei” na dnie szklanki.

Komentarze
Prześlij komentarz