Trzech zapiło się na śmierć. Pani Zuziu, czy naprawdę tak ma wyglądać „dobra zabawa”?

 



Trzech zapiło się na śmierć. Pani Zuziu, czy naprawdę tak ma wyglądać „dobra zabawa”?

Byłem kiedyś w grupie terapeutycznej dla osób uzależnionych.

Ja przyszedłem tam z powodu gier komputerowych. Chłopak siedzący obok mnie walczył z hazardem. Dziewczyna po drugiej stronie zmagała się z zakupoholizmem. Sama mówiła, że przecież „tylko wchodziła pooglądać”, że „nic wielkiego się nie dzieje”, że „każdy czasem coś kupuje”.

Ale najwięcej było alkoholików.

Ludzi różnych. Młodych i starszych. Takich, którzy jeszcze pracowali i takich, którzy zdążyli stracić prawie wszystko. Jedni mówili o rodzinach. Inni o długach. Jeszcze inni o porankach, których nie pamiętali.

Na terapii szybko człowiek przestaje używać niewinnych słów.

„Imprezka”.
„Kilka piwek”.
„Szampanik”.
„Coś na rozluźnienie”.
„Jeden kieliszek na odwagę”.

Za tymi słowami niekiedy stoją rzeczy, których nie da się już odwrócić.

Dzień, którego nie zapomnę

Nasza terapeutka, Iwona, zwykle była wulkanem energii.

Potrafiła rozładować napięcie jednym zdaniem. Śmiała się razem z nami, ale kiedy trzeba było, potrafiła również bezlitośnie rozbić każdą wymówkę.

Tego dnia weszła inaczej.

Powoli.

Bez uśmiechu.

Usiadła i przez chwilę nic nie mówiła.

A potem powiedziała:

— Trzech waszych kolegów zapiło się na śmierć.

Cisza.

Nie taka filmowa.

Prawdziwa.

Taka, w której nikt nie wie, gdzie patrzeć.

Jeszcze niedawno ci ludzie siedzieli z nami. Mieli swoje historie, plany, próby abstynencji, porażki i kolejne początki.

A teraz ich nie było.

Nie zginęli dlatego, że alkohol był dla nich zabawnym rekwizytem z piosenki.

Zginęli dlatego, że uzależnienie potrafi człowieka doprowadzić do miejsca, z którego czasami nie ma już powrotu.

I dlatego mam pytanie do współczesnych gwiazd

Pani Zuziu,

nie pytam, czy jest Pani odpowiedzialna za każdy przypadek alkoholizmu w Polsce. Oczywiście, że nie.

Nie twierdzę też, że piosenka automatycznie powoduje uzależnienie.

Ale pytam o coś innego.

Czy naprawdę warto przedstawiać alkohol jako dowcipny, romantyczny albo atrakcyjny element życia, wiedząc, że wśród słuchaczy są również bardzo młodzi ludzie?

Czy naprawdę trzeba łączyć smutek, miłość, rozstanie, zabawę i emocjonalne zagubienie z kieliszkiem, szampanem albo „pysznym trunkiem”?

Bo dla artysty może to być metafora.

Dla marketingu — chwytliwy obrazek.

Dla fana — cytat do wrzucenia na TikToka.

Ale dla człowieka uzależnionego alkohol nie jest metaforą.

Jest chorobą.

Jest utratą kontroli.

Jest płaczem dzieci za ścianą.

Jest partnerką sprawdzającą wieczorem, czy znowu wróci pijany.

Jest matką odbierającą telefon ze szpitala.

Czasem jest także informacją wypowiedzianą przez terapeutkę:

„Trzech waszych kolegów zapiło się na śmierć”.

Najgroźniejsze słowo brzmi: „normalne”

Problem nie zaczyna się wtedy, kiedy ktoś mówi młodemu człowiekowi:

„Zostań alkoholikiem”.

Nikt rozsądny tak nie mówi.

Problem zaczyna się znacznie wcześniej.

Kiedy alkohol staje się czymś oczywistym.

Normalnym.

Zabawnym.

Romantycznym.

Elementem dorosłości.

Nagrodą.

Lekarstwem na złamane serce.

Obowiązkowym dodatkiem do imprezy.

I właśnie dlatego artyści mają większą odpowiedzialność, niż czasem chcieliby przyznać.

Nie dlatego, że kontrolują zachowanie milionów ludzi.

Ale dlatego, że pomagają definiować, co dla milionów ludzi wygląda normalnie, atrakcyjnie i pożądanie.

„Przecież to tylko tekst”

To jeden z najłatwiejszych sposobów ucieczki od odpowiedzialności.

„To tylko piosenka”.

„To tylko metafora”.

„To tylko reklama”.

„Każdy ma własny rozum”.

Oczywiście.

Ale skoro muzyka nie ma żadnego wpływu, to dlaczego firmy płacą ogromne pieniądze za obecność swoich produktów przy największych gwiazdach?

Dlaczego marki walczą o festiwale?

Dlaczego artyści są twarzami kampanii?

Dlaczego marketing chce dostać się dokładnie tam, gdzie znajdują się emocje fanów?

Bo doskonale wie, że kultura wpływa na zachowania.

Nie mechanicznie.

Nie w sposób prosty.

Ale wpływa.

Dlatego nie można jednocześnie mówić:

„Mam ogromny wpływ na swoich fanów”

kiedy sprzedaje się bilety, kosmetyki czy ubrania,

a chwilę później:

„Ja przecież na nikogo nie wpływam”

kiedy pojawia się pytanie o alkohol.

Najbardziej boli mnie młody wiek fanów

Dorosły człowiek może usłyszeć wers o alkoholu i wzruszyć ramionami.

Ale dwunasto-, trzynasto- czy piętnastoletni fan nie zawsze odbiera przekaz w ten sam sposób.

Dla niego idol jest punktem odniesienia.

Jeżeli gwiazda coś nosi — chce to mieć.

Jeżeli gdzieś jedzie — chce tam pojechać.

Jeżeli używa określonego języka — zaczyna go powtarzać.

A jeśli alkohol regularnie pojawia się w przestrzeni zabawy, sukcesu, koncertów czy emocjonalnego odreagowania, młody człowiek może dostać bardzo prosty komunikat:

„Tak wygląda dorosłe życie”.

I właśnie przeciwko temu protestuję.

Nie chcę kolejnych takich wiadomości

Nigdy nie zapomnę twarzy Iwony.

Terapeutki, która zwykle wchodziła do sali z energią, a tamtego dnia musiała powiedzieć ludziom walczącym z uzależnieniami, że trzech uczestników już nie wróci.

Dlatego kiedy dzisiaj widzę alkohol przedstawiany w popkulturze jako błyskotliwy element zabawy, mam przed oczami nie kolorowy festiwal.

Mam tamtą salę.

Krzesła.

Ciszę.

I ludzi, którzy wiedzieli dokładnie, co oznacza zdanie:

„Zapił się na śmierć”.

Pani Zuziu — nie zarzucam Pani, że życzy Pani tego swoim fanom. Nie mam podstaw, by przypisywać Pani takie intencje.

Pytam jednak publicznie:

czy mając tak młodą i oddaną publiczność, naprawdę warto dokładać choć jedną cegłę do kultury, która przedstawia alkohol jako coś niewinnego, romantycznego i atrakcyjnego?

Bo artysta ma prawo śpiewać, o czym chce.

Marka ma prawo szukać reklamy.

Dorosły człowiek ma prawo dokonywać własnych wyborów.

Ale słuchacze również mają prawo powiedzieć:

my wybieramy inną kulturę.

Taką, w której dobra zabawa nie potrzebuje alkoholu.

Miłość nie potrzebuje alkoholu.

Smutek nie potrzebuje alkoholu.

Koncert nie potrzebuje alkoholu.

I młodość także go nie potrzebuje.

To nie jest wojna z muzyką

To jest wojna z obojętnością.

Bo kiedy człowiek raz usłyszy:

„Trzech waszych kolegów zapiło się na śmierć”

słowo „szampanik” już nigdy nie brzmi całkiem niewinnie.

Komentarze