Blog to nie scena, to podwórko
Roman Szczepkowski rozmawia z blogerami o pasji dzielenia się
Kiedyś przegrywaliśmy sobie kasety i pożyczaliśmy płyty, żeby pokazać kumplom, czego słuchamy. Dziś robimy to samo, tylko w internecie: dzielimy się książkami, podróżami, ogrodami, motocyklami i doświadczeniem rodzicielskim. Zaprosiłem do rozmowy siedmioro blogerów, z którymi od lat spotykam się w sieci: Paulinę Stankiewicz, Mariusza Wasiuka, Anię Borowską, Patty Maj, Anitę Tomaszewską, Gosię Dembską i Tomasza Iliasza. Rozmawiamy o tym, po co to wszystko robimy. Okazuje się, że wcale nie chodzi o popularność.
Paulina Stankiewicz – blogerka parentingowa, twórczyni portali kobiecych
RS: Zacznijmy od Ciebie, Paulo. Ty najwcześniej zaczęłaś blogować. Dwadzieścia lat temu był to blog parentingowy. Pamiętam to dokładnie, bo co tydzień do Ciebie zaglądałem. Był dla mnie źródłem wiedzy o relacjach i rodzicielstwie. Co Cię popchnęło do prowadzenia bloga?
PS: Zawsze prowadziłam jakieś portale kobiece. To była wtedy fajna sprawa, bo mogłam zatrudnić męża fotografa i spędzaliśmy razem czas z dwójką naszych urwisów, wspólnie pracując. Dla dzieci to też była lekcja, że można żyć z dzielenia się wiedzą. A potem złapałam bakcyla: odpowiadałam na pytania czytelników, a oni prosili, żeby kolejny wpis był na konkretny temat.
RS: Pamiętasz pierwszy wpis, który naprawdę poruszył czytelników?
PS: Tak, to był tekst o tym, że wolno mieć dość własnego dziecka. Bałam się go opublikować, bo wtedy matka miała być idealna. Przyszło kilkaset maili od kobiet, które pisały: „Myślałam, że tylko ja tak mam”. Wtedy zrozumiałam, że blog nie jest dla mnie, tylko dla nich.
RS: Czy przez te dwadzieścia lat zmieniły się pytania, które zadają rodzice?
PS: Tematy się zmieniły, ale lęki są te same. Kiedyś pytano o smoczek i ząbkowanie, dziś o telefon w rękach siedmiolatka i o TikToka. Pod spodem zawsze jest jedno pytanie: czy jestem wystarczająco dobrym rodzicem?
RS: Pokazywałaś na blogu swoje dzieci. Nie żałujesz?
PS: Na początku pokazywałam więcej, niż dziś bym pokazała. Później umówiliśmy się w domu, że zdjęcie idzie do sieci tylko wtedy, gdy dziecko się zgodzi. Uważam, że to była najważniejsza lekcja szacunku, jaką im dałam, i jaką one dały mnie.
RS: Mąż fotograf, dzieci w kadrze. Czy blog był rodzinnym przedsięwzięciem?
PS: Był naszym rodzinnym warsztatem. Mąż robił zdjęcia, ja pisałam, a dzieci wymyślały tytuły, często lepsze od moich. Zamiast siedzieć każde w swoim kącie, robiliśmy coś razem. Dziś wspominamy to jak rodzinne wakacje.
RS: Zdarzył się hejt?
PS: Oczywiście. Raz ktoś napisał, że matka, która pracuje w internecie, zaniedbuje dzieci. Odpisałam spokojnie i zaprosiłam tę osobę do rozmowy. Po tygodniu przeprosiła i została jedną z najwierniejszych czytelniczek.
RS: Zarabiałaś na blogu. Czy pieniądze nie zabiły pasji?
PS: Odmówiłam wielu współpracom, bo produkty nie pasowały do tego, co mówiłam czytelnikom. Pieniądze pozwalały mi pisać więcej, ale nigdy nie decydowały, o czym piszę. Jeśli raz sprzedasz zaufanie, nie odkupisz go żadną kampanią.
RS: Co dało Ci blogowanie, czego nie dałaby zwykła praca?
PS: Poczucie, że ktoś po drugiej stronie dzięki mnie spał spokojniej. Dostałam kiedyś list od ojca, który po moim wpisie przestał krzyczeć na syna. Żadna premia nie da takiej satysfakcji.
RS: Gdybyś dziś zaczynała, prowadziłabyś bloga czy raczej Instagram?
PS: Jedno i drugie. Instagram, żeby zaprosić ludzi, a blog, żeby z nimi naprawdę porozmawiać. Na rolce zmieścisz emocję, ale mądrą radę lepiej wyłożyć na spokojnie.
RS: Co powiedziałabyś młodej mamie, która chce pisać, ale boi się oceny?
PS: Że jej doświadczenie jest wartościowe, nawet jeśli nie jest ekspertką. Ludzie nie potrzebują idealnych matek w sieci, potrzebują prawdziwych. I że lepiej pisać wieczorem bloga niż samotnie płakać w łazience.
Mariusz Wasiuk – pionier blogosfery, autor zasad netykiety
RS: Mariuszu, pod koniec lat 90. założyłeś bloga i spisałeś zasady netykiety. Dziś, kiedy w mediach społecznościowych słyszę mnóstwo wulgaryzmów, zastanawiam się, czy internauci tych zasad nie znają, czy po prostu nie chcą ich znać, bo wolą kląć jak szewc.
MW: Dziś trzeba by raczej mówić „kląć jak alfa”. Kiedy piszę regulaminy, często dodaję zapisy o kulturze dyskusji. Tyle że nieraz nawet sam admin ich nie przestrzega.
RS: Jak wyglądał internet, kiedy zaczynałeś?
MW: Był wolny, powolny i bardzo grzeczny. Modem piszczał przez minutę, zanim się połączył, a za każdą minutę płaciło się na rachunku telefonicznym. Nikt nie marnował czasu na kłótnie, bo to było po prostu drogie.
RS: Skąd pomysł, żeby spisać zasady netykiety?
MW: Z forów i grup dyskusyjnych. Ludzie przychodzili, pisali wielkimi literami i nie rozumieli, dlaczego wszyscy się obrażają. Spisałem więc proste zasady: nie krzycz, nie obrażaj, czytaj, zanim odpowiesz. Nie chodziło mi o nakazy, tylko o savoir-vivre.
RS: Która z tych zasad jest dziś najczęściej łamana?
MW: „Pamiętaj, że po drugiej stronie jest człowiek”. Anonimowość sprawiła, że wielu ludzi zapomniało, że ich komentarz czyta ktoś z uczuciami. Twarzą w twarz nikt nie powiedziałby nieznajomemu tego, co pisze pod jego zdjęciem.
RS: Czy moderacja ma sens, skoro, jak mówisz, nawet admini nie przestrzegają zasad?
MW: Ma, ale zaczyna się od gospodarza. Jeśli właściciel grupy sam rzuca mięsem, nie może wymagać kultury od innych. Na moim blogu jest prosta zasada: najpierw wymagam od siebie, potem od gości.
RS: Usuwasz komentarze?
MW: Rzadko i tylko te, które kogoś obrażają. Krytyka zostaje, nawet ostra. Różnica między krytyką a hejtem jest prosta: krytyka mówi o tym, co zrobiłeś, a hejt o tym, kim jesteś.
RS: Czy kulturę w sieci da się jeszcze uratować?
MW: Ona nigdy nie zniknęła, jest tylko cichsza. W małych społecznościach, na blogach i w niszowych grupach ludzie wciąż piszą „dzień dobry” i „dziękuję”. Hałas robi garstka, a reszta po prostu nie krzyczy.
RS: Prowadzisz bloga od ponad ćwierć wieku. Co trzyma Cię przy klawiaturze?
MW: Rozmowa. Wciąż mam czytelników, którzy pisali do mnie w 1999 roku. Niektórzy przyprowadzili swoje dzieci, a teraz zaglądają ich wnuki. To jest jak stary klub dyskusyjny, w którym zawsze ktoś na ciebie czeka.
RS: Młodzi mówią, że netykieta to przeżytek. Co im odpowiadasz?
MW: Że to nic innego jak dobre wychowanie w nowym miejscu. Nikt nie uważa, że mówienie „przepraszam” jest przeżytkiem. Internet to po prostu kolejna ulica, po której chodzimy.
RS: Gdybyś miał dziś dopisać jedną zasadę, jak by brzmiała?
MW: „Zanim udostępnisz, sprawdź”. W latach 90. największym grzechem było pisanie wielkimi literami. Dziś jest nim podawanie dalej kłamstwa tylko dlatego, że pasuje nam do poglądów.
Ania Borowska – założycielka Magazynu BOK, autorka mini recenzji
RS: Aniu, stworzyłaś Magazyn BOK, najlepszy magazyn o książkach. Teraz redaktorką naczelną jest Patty Maj, a Ty oprócz recenzji dla subskrybentów BOK piszesz na Facebooku mini recenzje, i to nie tylko książkowe, ale też turystyczne.
AB: Kilka lat temu trafiłam do przereklamowanego pensjonatu, gdzie warunki były fatalne. Pomyślałam wtedy, że takie krótkie recenzje są pożyteczne. Wiesz, Romku, dlaczego ludzie często jeżdżą w te same miejsca? Wiedzą, że może nie jest tam idealnie, ale przynajmniej nie wpakują się w jakiś niewypał.
RS: Jak narodził się Magazyn BOK?
AB: Z frustracji. Szukałam miejsca, gdzie ktoś uczciwie napisze, że książka jest słaba, a w sieci było mnóstwo zachwytów na zamówienie. Zaczęłam z dwiema koleżankami przy kuchennym stole, a pierwszy numer czytało może pięćdziesiąt osób.
RS: Czym różni się recenzja od reklamy?
AB: Odwagą. Reklama zawsze chwali, a recenzja może powiedzieć, że król jest nagi. Jeśli recenzent nigdy nie skrytykował żadnej książki, to nie jest recenzentem, tylko sprzedawcą.
RS: Dlaczego oddałaś stery magazynu?
AB: Bo dobra rzecz powinna przetrwać swojego twórcę. Patty miała świeże pomysły i energię, której mnie zaczynało brakować. Oddanie dziecka w dobre ręce to nie porażka, tylko dojrzałość.
RS: Mini recenzja to kilka zdań. Czy da się w nich zmieścić coś wartościowego?
AB: Da się, jeśli nie lejesz wody. Piszę trzy rzeczy: co mnie zachwyciło, co mnie zawiodło i dla kogo to jest. Czytelnik w minutę wie, czy chce sięgnąć po książkę albo zarezerwować pokój.
RS: Recenzje turystyczne to ryzyko. Właściciele nie mają pretensji?
AB: Zdarza się. Jeden właściciel zadzwonił z awanturą, ale po miesiącu napisał, że wymienił materace i zaprasza ponownie. Pojechałam i uczciwie opisałam zmianę. Uważam, że recenzja ma pomagać, a nie niszczyć.
RS: Książki i podróże. Co je łączy?
AB: Jedno i drugie zabiera cię z codzienności. Często wybieram książkę pod miejsce, do którego jadę: do Toskanii biorę włoski kryminał, w Bieszczady Stasiuka. A potem piszę o obu, bo jedno wzbogaca drugie.
RS: Ile czasu zajmuje Ci jedna mini recenzja?
AB: Napisanie dziesięć minut, ale przemyślenie kilka dni. Nigdy nie piszę na gorąco, po złym śniadaniu czy rozczarowującym zakończeniu. Daję sobie czas, żeby emocje opadły i została uczciwa ocena.
RS: Czy recenzowanie zmieniło Twoje czytanie?
AB: Tak, czytam uważniej. Kiedyś połykałam książki, dziś je smakuję. Ale pilnuję też, żeby czasem czytać tylko dla siebie, bez ołówka w ręku, bo inaczej pasja zamieniłaby się w obowiązek.
RS: Co jest dla Ciebie największą nagrodą?
AB: Wiadomość: „Dzięki Tobie nie zmarnowałem urlopu” albo „Ta książka pomogła mi po rozwodzie”. Nikt mi za to nie płaci i nikt nie bije brawa. To zwykła sąsiedzka przysługa, tylko przeniesiona do internetu.
Patty Maj – redaktor naczelna Magazynu BOK
RS: Patty, przejęłaś Magazyn BOK po Ani. Jak się czułaś, gdy padła ta propozycja?
PM: Jakbym dostała klucze do cudzego domu, w którym wszyscy mnie znają. Byłam dumna i przerażona jednocześnie. Przez pierwsze tygodnie bałam się cokolwiek zmienić, żeby nie zepsuć tego, co Ania zbudowała.
RS: Co zmieniłaś jako pierwsze?
PM: Wprowadziłam rubrykę „Książka, której nikt nie zauważył”. Co miesiąc wybieramy tytuł z małego wydawnictwa albo od debiutanta bez budżetu na promocję. Uważam, że magazyn o książkach powinien odkrywać, a nie tylko powtarzać listy bestsellerów.
RS: Prowadzenie magazynu to praca czy pasja?
PM: Jedno i drugie, ale bez pasji nie dałoby się tego robić. Są terminy, korekty i maile do wydawnictw. Ale kiedy subskrybentka pisze, że dzięki naszej recenzji sięgnęła po książkę, która pomogła jej przejść przez trudny czas, wiem, po co to robię.
RS: Jak wybierasz recenzentów?
PM: Nie patrzę na liczbę obserwujących, tylko na to, jak piszą. Wolę osobę z dwustoma czytelnikami, która ma własne zdanie, niż influencera, który chwali wszystko, co dostał w paczce. Najlepsze teksty piszą u nas emerytowana nauczycielka i student medycyny.
RS: Wydawnictwa naciskają na pozytywne recenzje?
PM: Czasem próbują, ale mamy jasną zasadę: egzemplarz recenzencki nie kupuje opinii. Kilka wydawnictw przestało nam wysyłać książki i to jest dla mnie znak, że robimy to dobrze.
RS: Subskrybenci płacą za recenzje. Dlaczego, skoro w internecie wszystko jest za darmo?
PM: Bo płacą za zaufanie. W sieci jest mnóstwo darmowych opinii, ale nie wiesz, które są szczere. Nasi czytelnicy wiedzą, że nikt nam nie zapłacił za zachwyt.
RS: Jak godzisz redagowanie z własnym czytaniem?
PM: Słabo, przyznaję. Mam w domu stos książek „dla siebie”, który rośnie szybciej, niż czytam. Ale raz w tygodniu wyłączam telefon i czytam coś, czego nie będę recenzować. To mój mały rytuał higieny.
RS: Czy magazyn o książkach ma sens w czasach TikToka?
PM: Ma, i to większy niż kiedyś. BookTok sprawił, że młodzi ludzie znowu czytają, a my dajemy im następny krok: głębszą rozmowę o tym, co przeczytali. Te światy się nie wykluczają, tylko uzupełniają.
RS: Jaki jest najpiękniejszy moment w Twojej pracy?
PM: Spotkania autorskie, które organizujemy dla subskrybentów. Ludzie, którzy znali się tylko z komentarzy, nagle siedzą razem przy kawie i dyskutują o bohaterach jak o wspólnych znajomych. To jest dla mnie sens tego wszystkiego.
RS: Co chciałabyś, żeby mówiono o BOK za dziesięć lat?
PM: Że był miejscem, gdzie można było spokojnie porozmawiać o książkach. Bez krzyku, bez reklam i bez udawania. Takim literackim salonem, do którego każdy ma wstęp.
Anita Tomaszewska – literackie konto na Instagramie
RS: Anito, jesteś z nas najmłodsza i od kilku lat prowadzisz literackie konto na Instagramie. Pamiętam, jak wybuchłaś, kiedy napisałem na blogu o samym pokazywaniu okładek.
AT: Bo nie rozumiałeś, że moi rówieśnicy nie chcą długich wywodów. Potrzebują okładki i paru zdań. Ale postanowiłam dodać w opisach kilka słów o każdej książce i liczba obserwujących wzrosła. Czyli czasem warto posłuchać starszych.
RS: Dlaczego wybrałaś akurat Instagram, a nie bloga?
AT: Bo tam są moi znajomi. Blog to dla mojego pokolenia trochę jak list polecony: szanujemy, ale rzadko otwieramy. Instagram jest jak szkolny korytarz, gdzie wszyscy się mijają, i chciałam, żeby na tym korytarzu leżały książki.
RS: Ile czasu zajmuje Ci jedno zdjęcie?
AT: Czasem godzinę. Szukam światła, dobieram kubek do koloru okładki, przestawiam koc. Mama się śmieje, że więcej czasu spędzam na fotografowaniu książki niż na jej czytaniu, ale to nieprawda. No, prawie nieprawda.
RS: Czy Twoi rówieśnicy naprawdę czytają?
AT: Czytają, tylko inaczej niż Wasze pokolenie. Fantastykę, romanse, mangę, książki z BookToka. Starsi czasem kręcą nosem, ale ja uważam, że lepiej przeczytać romans niż nie przeczytać nic. Od romansu bardzo blisko do Jane Austen.
RS: Czy myślisz o liczbie obserwujących?
AT: Kiedyś bardzo, dziś mniej. Był okres, że sprawdzałam statystyki co godzinę i czułam się fatalnie. Potem zrozumiałam, że ważniejsze są trzy mądre komentarze niż trzysta serduszek od przypadkowych kont.
RS: Poznałaś kogoś dzięki swojemu kontu?
AT: Moją najlepszą przyjaciółkę z Białegostoku. Od trzech lat wymieniamy się książkami pocztą, w każdej paczce jest list i zakładka zrobiona własnoręcznie. Poznałyśmy się przez komentarz pod postem o „Małym Księciu”. Tego żaden algorytm nie policzy.
RS: Nie kusi Cię, żeby nagrywać tańczące filmiki, skoro mają większe zasięgi?
AT: Kusi, nie będę udawać. Ale gdyby chodziło tylko o zasięgi, nie wrzucałabym Szymborskiej i Barycza. Nagrywam czasem krótkie filmiki, ale zawsze o książkach. Chcę być znana z tego, co lubię, a nie z tego, co jest modne.
RS: Co mówią Twoi znajomi, którzy nie czytają?
AT: Na początku się śmiali, że jestem „ta od książek”. Teraz piszą do mnie przed urodzinami mam albo dziewczyn: „Co mam kupić?”. Kilku kolegów zaczęło czytać, bo polecałam im kryminały. Wolę, żeby kumple stali w kolejce do biblioteki niż pod Żabką.
RS: Czego nauczyłaś się od starszych blogerów?
AT: Że opis jest równie ważny jak zdjęcie. I że warto mieć własne zdanie, nawet jeśli nie jest popularne. Wy nauczyliście mnie pisać, a ja może nauczę Was robić lepsze zdjęcia.
RS: Gdzie widzisz siebie za dziesięć lat?
AT: Może w wydawnictwie, może w bibliotece, może będę pisać własne książki. Ale konto chcę prowadzić dalej, nawet jeśli Instagram zniknie i przeniesiemy się gdzie indziej. Platformy się zmieniają, a potrzeba gadania o książkach zostaje.
Gosia Dembska – blog ogrodniczy o starych odmianach róż
RS: Gosiu, prowadzisz bloga o ogrodzie i starych odmianach róż. Jak to się zaczęło?
GD: Od różanego krzaka po babci. Kiedy sprzedawaliśmy jej dom, wykopałam go i przesadziłam do siebie. Chciałam się dowiedzieć, jaka to odmiana, i okazało się, że nikt w moim otoczeniu nie wie. Założyłam bloga, żeby zapytać ludzi w sieci.
RS: Często słyszę, że blogerzy robią to dla lajków. Jak było u Ciebie?
GD: Gdybym liczyła na popularność, rzuciłabym to po pół roku. Przez pierwsze miesiące moje wpisy czytały trzy osoby, w tym moja mama. Pisałam, bo znajomi ziewali, gdy mówiłam o różach, a w internecie znalazłam ludzi z tym samym bzikiem.
RS: Udało się ustalić, jaka to była róża?
GD: Tak, po dwóch latach. Czytelnik z Wielkopolski rozpoznał ją po zdjęciu: to stara odmiana, którą przed wojną sadzono w wiejskich ogrodach. Przysłał mi nawet stary katalog szkółki. Płakałam, czytając jego list.
RS: Co jest w starych odmianach takiego wyjątkowego?
GD: Zapach i historia. Nowoczesne róże są piękne, ale często w ogóle nie pachną. Stare pachną jak lato u babci. Każda ma swoją opowieść: kto ją wyhodował, kto ją przywiózł, w czyim ogrodzie przetrwała wojnę.
RS: Organizujesz zloty czytelników. Jak wyglądają?
GD: Raz w roku spotykamy się w moim ogrodzie i wymieniamy się sadzonkami. Przyjeżdżają emeryci, studenci, matki z dziećmi, a nawet pan, który przyjechał z Niemiec. Każdy przywozi kawałek swojego ogrodu i zabiera kawałek cudzego.
RS: Czy ogród w internecie to nie paradoks? Ogród to cisza, a internet to hałas.
GD: Mój kawałek internetu jest cichy. Nikt się u mnie nie kłóci, najwyżej o to, czy przycinać róże jesienią, czy wiosną. Ludzie, którzy kochają ogrody, mają w sobie cierpliwość, i to widać w komentarzach.
RS: Co dał Ci blog poza wiedzą?
GD: Ludzi. Wcześniej spędzałam wieczory przed telewizorem, a teraz mam przyjaciół w całej Polsce. Kiedy chorowałam, czytelniczki przysyłały mi kartki i nasiona. Gdyby nie blog, nigdy byśmy się nie spotkały.
RS: Masz jakąś misję?
GD: Ratować stare odmiany przed zapomnieniem. Prowadzę na blogu spis róż odnalezionych w starych ogrodach, przy kościołach i na cmentarzach. Każdy czytelnik może dopisać swoje znalezisko. To taka wspólna kronika, której nie stworzyłby nikt w pojedynkę.
RS: Co poradzisz komuś, kto chce zacząć pisać o swojej pasji?
GD: Nie licz lajków, licz rozmowy. Jeśli choć jedna osoba napisze „mam tak samo”, to już jest sukces. Pasja w internecie jest jak róża: rośnie powoli, ale jeśli ją pielęgnujesz, pachnie latami.
Tomasz Iliasz – blog o renowacji starych motocykli
RS: Tomku, piszesz o starych motocyklach. Skąd ta pasja?
TI: Od ojca. Miał WSK, którą rozbierał w garażu co niedzielę, a ja podawałem mu klucze. Po jego śmierci znalazłem ją pod plandeką, całą w rdzy. Postanowiłem ją odnowić i opisywać każdy etap, żeby nie zwariować z żalu.
RS: Pamiętasz czasy kaset i przegrywania muzyki?
TI: Pewnie. Nagrywało się składankę, podpisywało okładkę długopisem i dawało kumplowi ze słowami: „posłuchaj, to jest coś”. Blog to dokładnie to samo, tylko odbiorców jest więcej niż jeden kolega z bloku. Dawniej dzieliłem się Depeche Mode, dziś starymi motocyklami.
RS: Udało się odnowić WSK ojca?
TI: Tak, trwało to trzy lata. Kiedy pierwszy raz odpaliła, nagrałem filmik i wrzuciłem na bloga. Pod wpisem było kilkaset komentarzy od ludzi, którzy też mieli takie motocykle po ojcach i dziadkach. Wtedy zrozumiałem, że nie piszę o maszynach, tylko o wspomnieniach.
RS: Kim są Twoi czytelnicy?
TI: To ludzie od szesnastu do osiemdziesięciu lat. Najstarszy czytelnik, pan Henryk, pracował kiedyś w fabryce w Świdniku. Pisze mi w komentarzach, jak coś było robione naprawdę, a młodzi chłoną to jak lekcję historii.
RS: Ktoś powie, że to wszystko strata czasu. Lepiej wyjść do ludzi.
TI: A co znaczy „wyjść do ludzi”? Kiedy byłem nastolatkiem, wychodziło się pod sklep, stało z chłopakami, klęło i nudziło. Dziś pod moim wpisem o renowacji gaźnika czterdzieści osób wymienia się radami, a w sobotę kilku z nich przyjeżdża do mojego garażu. Wolę taki internet niż stanie pod Żabką.
RS: Twój garaż stał się miejscem spotkań?
TI: Trochę tak. W soboty przyjeżdża kilku chłopaków z okolicy, w tym dwóch nastolatków, którzy wcześniej, jak sami mówią, „nie mieli co robić”. Teraz potrafią wyregulować zapłon lepiej niż niejeden mechanik. Ich mamy przysłały mi ciasto w podziękowaniu.
RS: Zarabiasz na blogu?
TI: Prawie nic i dobrze mi z tym. Czasem ktoś przyśle część albo stary podręcznik serwisowy. Gdybym zaczął robić to dla pieniędzy, musiałbym pisać o tym, co się sprzedaje, a nie o tym, co kocham.
RS: Zdarzają się kłótnie w komentarzach?
TI: Tylko o to, czy lepsza była WSK, czy Junak. Ale to są kłótnie jak przy piwie, z przymrużeniem oka. Mam zasadę: kto przeklina, ten stawia kawę na najbliższym zlocie. Działa lepiej niż każdy regulamin, prawda, Mariuszu?
RS: Co chciałbyś zostawić po sobie w internecie?
TI: Instrukcję dla kogoś, kto za trzydzieści lat znajdzie pod plandeką motocykl po swoim ojcu. Żeby wiedział, od czego zacząć, i żeby wiedział, że nie jest sam. Traktuję bloga jak składankę dla kumpla, którego jeszcze nie znam.
Na koniec
RS: Co powiedzielibyście komuś, kto chce zacząć, ale boi się, że nikt go nie będzie czytał?
PM: Że na początku pisze się dla siebie i to jest w porządku.
AB: Pisz uczciwie. Ludzie wyczują to szybciej niż każdą reklamę.
MW: I z kulturą. Klnąć potrafi każdy, a ciekawie pisać już nie.
AT: Słuchaj starszych, ale rób po swojemu.
GD: Nie licz lajków, licz rozmowy.
TI: Traktuj to jak składankę dla kumpla.
PS: I pamiętaj, że jeśli choć jedna osoba skorzysta z Twojego wpisu, to już było warto.
RS: Dziękuję Wam. Mam wrażenie, że wszyscy mówimy o tym samym: blog nie jest sceną, tylko podwórkiem, na którym zamiast przeklinać pokazujemy sobie to, co kochamy. Kiedyś pożyczaliśmy sobie kasety, dziś pożyczamy sobie pasje. I to jest najlepsze, co mogło się przydarzyć internetowi.

Komentarze
Prześlij komentarz