Dwaj sędziowie na jednym boisku, czyli jak Polska została republiką bananową
Autor: Roman Szczepkowski
Wydarzenia, które rozegrały się przed i wewnątrz budynku Trybunału Konstytucyjnego w Warszawie, przekroczyły granicę publicystycznej metafory. Stały się namacalnym dowodem na to, że instytucjonalne serce państwa przestało bić cywilizowanym rytmem. Obrazy policji zabezpieczającej gabinety, przepychanek politycznych jastrzębi na schodach i wzajemnego wycinania się przez sędziów to obrazek, który dotychczas kojarzył się z państwami o kruchej, postkolonialnej demokracji. Rzeczywistość dogoniła jednak Europę Środkową. Polska oficjalnie weszła w fazę instytucjonalnego bandytyzmu, w którym prawo ustąpiło miejsca sile.
Aby zrozumieć ten absurd, warto porzucić na chwilę hermetyczny język paragrafów i wyobrazić sobie mecz piłkarski. Na murawę wybiegają dwie drużyny. Problem polega na tym, że każda z nich przywiozła ze sobą własnego sędziego, własny zestaw przepisów i własną piłkę. Jeden arbiter twierdzi, że gramy według tradycyjnych zasad, bo tak nakazuje tradycja i suwerenność gospodarza. Drugi sędzia gwiżdże, wyciąga czerwone kartki i krzyczy, że poprzednie mecze zostały sfałszowane, a bramki strzelono ze spalonego, więc teraz gramy według nowych reguł, które przywiózł z międzynarodowej federacji. W efekcie nikt już nie gra w piłkę. Trwa brutalna bijatyka o to, czyj gwizdek jest głośniejszy.
Najgorsze w tym spektaklu jest to, że prawo przestało być tarczą chroniącą obywatela, a stało się maczugą w rękach zwalczających się klanów. Gdy jedna strona powołuje się na ustawę o TK i odsuwa prezesa z powodu „ochrony powagi sądu”, druga natychmiast odpowiada komunikatem, że ta pierwsza w ogóle nie jest sędzią, bo źle złożyła przysięgę. Paragrafy są proste i czytelne, ale w świecie dualizmu prawnego każdy czyta je tak, jak dyktuje mu jego polityczne zaplecze.
Ten gorszący spektakl obnaża jednak coś znacznie głębszego niż tylko kryzys interpretacji prawnych. Pokazuje wprost bezczelny cynizm całej polskiej klasy politycznej. W tym brutalnym przeciąganiu liny ani Prezydentowi, ani Premierowi, ani liderom PiS-u czy PO nie chodzi o prestiż Rzeczypospolitej, powagę instytucji czy stabilność państwa. Te patetyczne frazesy o „praworządności” i „suwerenności” to jedynie zasłona dymna dla ordynarnej, wręcz knajackiej walki o polityczne łupy, wpływy i własne synekury. Liczą się stołki, bezkarność i obsadzenie swoimi ludźmi każdego możliwego centymetra kwadratowego publicznych urzędów. Państwo i jego powaga zostały bezwzględnie złożone w ofierze na ołtarzu partyjnych interesów.
W ten destrukcyjny taniec bezrefleksyjnie wciągnięto policję, która zamiast pilnować bezpieczeństwa na ulicach, stała się prywatną firmą ochroniarską dla jednej ze stron konfliktu. Funkcjonariusze wchodzący do gmachu sądu konstytucyjnego na polityczne gwizdnięcie to ostateczny dowód na to, że mundury zostały zinstrumentalizowane do walki o dostęp do pieczątek i gabinetów.
Całości dopełnia postawa samych nibyprawników i sędziów z politycznego nadania, którzy prześcigają się w prawniczych fikołkach. Ludzie z tytułami profesorskimi, którzy powinni stać na straży litery prawa, bez mrugnięcia okiem traktują Konstytucję jak plastelinę, lepiąc z niej dokładnie takie interpretacje, na jakie akurat jest zapotrzebowanie na Nowogrodzkiej czy w Kancelarii Premiera. To upadek etosu i kompletna prostytucja intelektualna elit prawniczych, które z szacownych arbitrów stały się partyjnymi cynglami w togach.
W tym sporze nie ma już miejsca na autorytet prawa, bo zabrakło ostatecznej instancji, której werdykt uszanowaliby wszyscy. Bezpiecznik systemu stopił się całkowicie. Gdy spór dotyczy samego sądu konstytucyjnego, rację zaczyna mieć ten, kto ma klucze do gabinetów, dostęp do stron internetowych, kontrolę nad strażą budynku i poparcie prokuratury. Przestaje liczyć się siła argumentu, liczy się wyłącznie argument fizycznej i instytucjonalnej siły.
Dla przeciętnego obywatela ten spektakl to sygnał alarmowy o najwyższym stopniu zagrożenia. Państwo, w którym najwyższe organy sądownicze przypominają zwalczające się gangi, traci swoją podmiotowość. Jeśli sędziowie i politycy nie potrafią ustalić, kto ma prawo rządzić ich własnym sekretariatem, bo ważniejsza jest ochrona własnych posad i polityczne zlecenia, to żaden obywatel nie może być pewien wyroku we własnej sprawie majątkowej, rozwodowej czy karnej. W ten sposób, na naszych oczach, z dumnego europejskiego kraju stajemy się prawną republiką bananową. Różnica polega jedynie na tym, że zamiast pod palmami, ten ustrojowy dramat rozgrywa się w chłodnym, jesiennym smogu polskiej stolicy.

Komentarze
Prześlij komentarz