TOLERANCJA I ODPOWIEDZIALNOŚĆ

 



TOLERANCJA I ODPOWIEDZIALNOŚĆ 



Wychodzimy z różnych domów, kończymy różne uczelnie, obracamy się w określonych bańkach towarzyskich. Przez lata nasiąkamy wartościami przekazanymi przez rodziców. Sam do czasu studiów prawniczych czytałem z ojcem Gazetę Polską i dzieliłem z nim ten sam prawicowy światopogląd. Dopiero uniwersyteckie sale, paragrafy i konfrontacja z twardą literą prawa zaczęły otwierać mi oczy. Im głębiej wchodziłem w mechanizmy państwa, tym mocniej moje poglądy ewoluowały. Zrozumiałem jedno: w dojrzałym społeczeństwie tolerancja nie może oznaczać przymykania oczu na cynizm, a odpowiedzialność nie jest pustym frazesem z expose. Niestety, współczesna Polska to teatr, w którym publiczność wybacza „swoim” aktorom największe przewiny, ślepo atakując przeciwników.

Zacznijmy od głowy państwa. Od kogoś, kto składał przysięgę na Konstytucję, mamy prawo oczekiwać głębokiej wiedzy prawnej, znajomości orzecznictwa i wyroków Trybunału Konstytucyjnego. Zamiast tego otrzymujemy public relations i narrację o „błędach młodości”. Aby wejść w rzeczową dyskusję o moralności władzy, trzeba rzucić światło na fakty, o których establishment woli milczeć. Brutalna ustawka kiboli w Kościerzynie, w której brały udział osoby z otoczenia prezydenta, to nie był legendarny, dżentelmeński ring w Manili. Za tymi „błędami” kryje się realne, zniszczone zdrowie młodych ludzi. Gdzie tu odpowiedzialność?

Tymczasem wokół pierwszej pary kwitnie klasyczny nepotyzm. W radzie fundacji Pierwszej Damy zasiada Daniel Nawrocki oraz bliscy znajomi, a państwowe odznaczenia trafiają do rąk osób, których sukcesy – jak rzekome stworzenie przełomowej aplikacji medycznej – okazują się wydmuszką. Gdy opinia publiczna domaga się prawdy, machina propagandowa natychmiast oskarża krytyków o „hejt”. Najgorsza jest jednak hipokryzja otoczenia. Kapelan prezydenta może zachwycać się w mediach, że głowa państwa codziennie czyta Biblię i odmawia różaniec. Jednak, jak trafnie zauważył pewien mądry kapłan: inne są obowiązki papieża, a inne prezydenta. Nie oczekujemy od lidera kraju, by osobiście asystował przy każdym kryzysie humanitarnym, ale gwarantowanie bezpieczeństwa państwa to jego psi obowiązek. Kiedy realny strach i panika dotykają rodziców i obywateli, Pierwsza Dama, która miała walczyć z hejtem i wykluczeniem, wraz ze swoją fundacją chowa głowę w piasek. A suweren? Suweren zachwyca się, że prezydent hobbystycznie trenuje boks, zapominając, że miał w tym czasie zarządzać krajem.

Druga strona medalu wcale nie błyszczy jaśniej. Spójrzmy na premiera. Szef rządu powinien być jak bezwzględnie skuteczny dyrektor generalny. Jego zadaniem jest obsadzenie foteli ministerialnych ludźmi, którzy bez wahania zrealizują reformy zapowiedziane w expose. Wszyscy wiemy, jak wiele obietnic Donalda Tuska wylądowało w koszu. Część z nich od początku była tylko bezczelnym, wyborczym populistycznym marketingiem, obliczonym na zdobycie głosów, a nie na realne zmiany.

W tym całym politycznym chaosie dochodzi do absurdów, których zdrowy rozsądek nie potrafi ogarnąć. Jedynym ministrem, który w powszechnej opinii w miarę rzetelnie sprawdza się na swoim stanowisku i trzyma stery resortu, jest Władysław Kosiniak-Kamysz. I jaki jest efekt tej systematycznej pracy? Jego ugrupowanie szoruje po dnie z poparciem w okolicach 2 procent. Niech mi to ktoś logicznie wytłumaczy: jak to możliwe, że w kraju nad Wisłą realna praca jest wyceniana na grosze, podczas gdy polityczna hucpa, puste obietnice i udawanie autorytetów generują milionowe poparcie?

Czas odrzucić plemienne klapki na oczach. Nie mówię tu o ślepych wyznawcach Karola Nawrockiego czy innych politycznych celebrytów, z którymi merytoryczna debata jest niemożliwa. Mówię do ludzi, którzy potrafią jeszcze samodzielnie myśleć. Tolerancja w życiu publicznym nie może być bezgraniczna. Jeśli będziemy tolerować kłamstwa „naszych” tylko dlatego, że boimy się powrotu „tamtych”, pojęcie odpowiedzialności w polskiej polityce umrze na zawsze. Państwo to nie ring, a rządzenie to nie różaniec na pokaz. Czas zacząć rozliczać czyny, a nie medialne pozy. 

Komentarze